by Antoni Solarz

WSPÓŁCZESNE PROBLEMY MŁODEGO SPOŁECZEŃSTWA

niedziela, 26 sierpnia 2018







Młody człowiek wszedł do obskurnego baru, znajdującego się na jednej z zapomnianych przez miasto ulic. Przystanął przy wejściu i rozejrzał się po lokalu. Panował półmrok, wspomagany słabym światłem zakurzonych żarówek. Zaniedbani mężczyźni w wytartych ubraniach siedzieli przy masywnych, dębowych stołach tocząc dyskusje. Jeden brodacz spał w kącie, a inny mężczyzna w czerwonej, flanelowej koszuli krzyczał na głos imię jakiejś kobiety, przeklinając cały świat. Niektórzy siedzieli w grupie i paląc fajki grali w karty, a jeszcze kolejni samotnie wpatrywali się w rysy powstałe na starych stołach. Po prawej stronie znajdował się długi bar, za którym na drewnianych półkach dumnie stały różnego rodzaju butelki i uśmiechały się do nowo przybyłych gości. Wydawać się mogło, że były najczystszą rzeczą w tym miejscu. Stanowiły sacrum tego baru, którego nikt tu z obecnych nie kwestionował. Ich czystości bronił średniego wieku barman, który łypał na otoczenie zmęczonym wzrokiem. 
Chłopak westchnął i wolnym krokiem podszedł do baru. Kilku mężczyzn popatrzyło na niego groźnie, ale dostrzegłszy obojętność w jego oczach, wrócili wzrokiem ponownie do swoich trunków, pływających w niedomytych szklankach. Usiadł na podwyższeniu przy barze i spojrzał na barmana, który od niechcenia polerował kufle wbijając wzrok przed siebie. Młodzieniec uderzył lekko otwartą pięścią w stół i odchrząknął. Barman wyrwany z głębokich rozmyślań przeniósł powoli na niego wzrok i wzdrygnął się lekko. Patrzył na młodego z zaciekawieniem, lustrując każdy cal jego twarzy dokładnym, przeszywającym spojrzeniem. Chłopak wytrzymał jego wzrok. Po chwili barman stanął przed gościem i zapytał;
- Glenfiddich?
- Niech będzie - odpowiedział chłopak i rzucił zwinięty banknot na stół. Barman sięgnął do najwyższej półki po butelkę wypełnioną brunatną cieczą i nalał płyn do szklanki. Młodzieniec skinął głową i jednym haustem wypił całą zawartość. Mężczyzna za barem pokiwał głową i nie pytając, dolał jeszcze i zostawił flaszkę na stole. 
- Żadnych pytań? - zapytał chłopaka.
Ten przejechał dłonią po twarzy i westchnąwszy sięgnął do wewnętrznej kieszeni czarnej, skórzanej kurtki. Wyjął białą paczkę i poczęstował barmana jednym ze szlugów.
- Właściwie to szukam towarzystwa - odpowiedział - słyszałem, że w tym miejscu można być kim się chce. Zatem mów mi James.
Podali sobie ręcę.
- Pan tu nie pasuje. Jest pan zbyt...
- Czysty? - wtrącił się James i ostentacyjnie przejechał wzrokiem po sali.
- Dobrze panu z oczu patrzy. Faceci jak pan tu nie przychodzą - sprostował barman.
James wypił drugą kolejkę i dolał sobie więcej. Kolejne łyki smakowały coraz lepiej, ręce przestały mu się trząść, a umysł przestał na moment wariować. Odchylił głowę do tyłu i zamknąwszy oczy wydał z siebie cichy pomruk. Poczuł spokój. Barman pochylił się w jego stronę, oparł łokciami o bar i przyglądając się uważnie chłopakowi spytał;
- Kobieta?
- Dlaczego to zawsze musi być kobieta? - burknął pretensjonalnie James - może pokłóciłem się z przyjacielem, giełda poszła w dół, albo samochód mi się rozpierodlił, huh? - chwycił barmana mocno za poły koszuli i potrząsnął nim - dlaczego to zawsze musi być kobieta?
- Całe życie za tą ladą nauczyło mnie wiele - odparł spokojnie barman, patrząc w przekrwione oczy młodzieńca - Ta praca wymaga specjalnego podejścia oraz cierpliwości. Wysłuchiwałem już miliona podobnych historii, którą za chwilę mi opowiesz - jak tylko wypijesz tę trzecią szklankę - od różnych facetów. Każdy z tych mężczyzn był inny i przeżywał rzeczy inaczej, ale łączyła ich jedna rzecz. Mieli dokładnie ten sam smutek zakorzeniony w oczach, jak pan - wycelował w niego palcem - A oczy proszę pana, nigdy nie kłamią.
James spuścił głowę i zamyślił się, puszczając z uścisku barmana. Dopiero teraz usłyszał delikatny jazz płynący ze starych głośników. Spojrzał na zegarek, ale nie był już w stanie odczytać godziny. Miał przeczucie, że było dość późno.
- Jak się ma pana żona? - zapytał młodzieniec, wskazując ruchem głowy na obrączkę.
- Chyba dobrze - westchnął - Nie rozmawiamy już tak, jak kiedyś. Ale to nie moja wina, wie pan? To baby się zmieniają. Na początku małżeństwa cudownie; krótkie spódniczki, smakowite obiady, częste wypady nad rzekę, a nocami w łóżku bajka. Potem to tylko mętne zupy, wytarte spodnie i parę kilo więcej na dupie. Rozstępy się robią, okropna sprawa. Po kilkunastu latach jedyne co widzisz, to jej kwaśną minę i słyszysz zrzędzący głos; pralka się zepsuła, zlew się zatkał, trawę skoś, drzewka przesadź. Aż pewnego dnia budzisz się, obok tego kogoś, do kogo kiedyś zwracałeś się „ukochana” i masz ochotę uciec, byleby więcej nie musieć patrzeć w jej oczy pełne złości i zawodu. Za te wszystkie zmarnowane lata razem, za przykrości, które jej sprawiłeś, za krzywą choinkę, której nigdy nie potrafiłeś prosto uciąć, za to, że zapomniałeś o urodzinach jej matki, za to, że przestałeś jej mówić, jak pięknie wygląda. Zdajesz sobie sprawę, że jej nienawidzisz. Leżysz tak przez chwilę i pragniesz znów być młody i nigdy w życiu jej nie spotkać. Ale potem odczuwasz niesamowitą wdzięczność. Za to, że tyle z tobą wytrzymała. Za każdą zupę, którą ci zrobiła. Nawet tą mdłą. Za każdy raz, kiedy darła się na ciebie, byś nie pił więcej. Zauważasz, że każda jej zmarszczka, każdy siwy włos jest tam między innymi z twojego powodu. I wtedy zdajesz sobie sprawę, kochasz ją najmocniej na świecie. Całujesz starą żonę w czoło i wychodzisz do pracy – zrobił krótką przerwę i zapatrzył się przed siebie - Ech, mówię panu, te baby to człowieka wykończyć potrafią. Ja to żem wiele nigdy od mojej Zosieńki nie wymagał. Jedynie co by mi obiad zrobiła, gdy z pracy wracam i w nocy miła była. Zosia to dobra kobieta. Głupia, ale dobra. Moja matka zawsze powtarzała – znajdź babę, co utrzyma twój brzuch pełny, a jaja puste. Stara kobieta miała racje – spuentował barman, szczerząc zęby w stronę młodzieńca.
James patrzył tępo na brzydką twarz mężczyzny. Miał ochotę go uderzyć i połamać mu wszystkie kości. W trakcie jego monologu chciał zwymiotować. Nie wierzył w jego słowa, uważał, że opowiada bzdury. Młodzieniec zawsze myślał, że prawdziwa miłość istnieje, tak jak i szczęśliwe małżeństwa. Nie zamierzał zmieniać zdania w tym temacie. Stwierdził, że człowiek za barem jest po prostu nieszczęśliwym głupcem. Nie warto było zatem przejmować się jego gadaniem. Niestety Bartender był tu jednym, który chciał go słuchać, a chłopak czuł potrzebę zrzucenia z siebie niektórych spraw. Najlepiej było to zrobić drugiemu mężczyźnie, którego nigdy już w życiu nie spotka.
- Myślę o kobiecie, której nigdy nie poznałem - otworzył się James, odpalając papierosa - Ach, doprawdy pięknej kobiecie. Miał pan tak kiedyś?
- Opowiedz mi o niej.
- Niewiele wiem na jej temat. Widziałem ją raz; przelotnie, krótko. 
- To dlaczego o niej myślisz?
- Nie wiem - młodzieniec pokręcił głową i ukrył twarz w dłoniach. Głos mu drżał - naprawdę nie wiem. 
- Zasłużyła sobie czymś, żebyś o niej myślał, poza swym ładnym ciałem? Co jeśli jest zła? 
- Każda kobieta jest zła.
- Co jeśli ta jest najgorsza?
- To niemożliwe. Widziałem ją. Wyglądała tak niewinnie... To niemożliwe! Proszę przestać mnie podpuszczać.
- Dlaczego idealizuje pan swoje demony? 
- Jest szczera, czuła i wrażliwa. Widziałem to w jej oczach - podniósł głos James i uderzył pięścią w stół - pan opowiada kłamstwa. Na pewno taka jest.
- Przepraszam, ale brakuje panu zdrowego rozsądku.
- A pan jest, kurwa, brzydki - odparł chłopak i zabierając butelkę, odszedł od barmana, który z rezygnacją pokręcił głową.
Usiadł w kącie lokalu, jak najdalej od tego parszywego mężczyzny. Klął pod nosem, przeklinając jego los. Był w takim stanie, że zaczął już pić z butelki, nie zwracając uwagi na otoczenie. 
Po chwili poczuł na swoich ramionach mocne uściski silnych, męskich dłoni. Zebrało sie wokół niego kilku mężczyzn, którzy szczerzyli połamane, żółte zęby w jego stronę. Największy z nich, z długimi, tłustymi włosami objął go ramieniem i przycisnął do siebie, nie przestając się śmiać.
- Co tam, Gustaw? Kolejny zagubiony, beztroski kotek? - zapytał wysoki, krzycząc do barmana i wskazując głową Jamesa, który próbował wyrwac się z uścisku. 
- Tak. Głupiec pewnie jeszcze myśli, że uda mu się stąd uciec - odparł barman, lejąc piwo. 
James popatrzył z niechęcią na mężczyzn wokół niego. Zagryzł zęby i zachował spokój. Pomyślał, że najwyżej użyje pięści. I tak nic nie było w stanie skrzywdzić go bardziej. Zdał sobie sprawę, że świat zewnętrzy na ten moment niewiele go obchodził. Chciał tylko pić w spokoju swój alkohol, nie przemując się praniem, które musi zrobić i śmierdząca pachą mężczyzny, którą miał przed sobą.
- Hej, kotku - zwrócił się do niego obleśny mężczyzna - fajna skóra.
- Spierdalaj - odparł James, krzywiąc się na widok mężczyzny.
Pozostali faceci roześmiali się i poklepali Jamesa po plecach. Obleśny mężczyzna uniósł delikatnie usta do góry i teatralnie zaczął bić brawo, doceniając wylewną odpowiedź swojego towarzysza.
- Jestem tu, by ci pomóc przyjacielu. 
- Nie chcę twojej pomocy. Nie chcę nikogo pomocy, rozumiesz?
- To czego chcesz? Po co tu przyszedłeś? 
- Nie twoja sprawa. Daj mi spokój - odparł James i odwrócił się plecami do rozmówcy. 
Mężczyzna mlasnął i pokiwał głową. Dopił swoje piwo spokojnie i po chwili z zaskoczenia podniósł młodzieńca z krzesła i wraz z jego szarpaniem, postawił go na ziemi. James zatoczył się i wpadł w stojących obok mężczyzn, którzy przytrzymali go za ręce od tyłu. Próbował się wyrwać z uścisku, ale nie dał rady.
- Jestem tu właścicielem, więc to moja sprawa. A teraz mnie posłuchaj - rzekł i zbliżył się do chłopaka na niewielką odległość - ten bar to pierdolony cmentarz wspomnień. Mężczyźni jak ja przychodzą tutaj, by zostawić część siebie. Ich stare życie przelewają w kieliszki wódki. Wszystkie byłe marzenia zamieniają się w pył. Zabijają swoje demony, zmartwienia i pragnienia i grzebią je tutaj, w tym miejscu. Przychodzą tu zniszczeni życiem, ale niosą coś ze sobą. Przynoszą nadzieję - nadzieję, że wychodząc stąd się zmienią. Zaczną nowe życie. W tym barze każdy patrzy na każdego z wyższością, bo każdy z nas widzi siebie już jako lepszego człowieka. Ale nic się nie zmienia. Każdy tu jest taki sam, słyszysz? Panowie wychodząc stąd, w myślach układają swoje nowe plany, ale na jutrzejszy dzień znów tu wracają. Ci sami co przedtem, zatapiający tą samą gorycz w tej samej szklance. A ty? Ty nie niesiesz ze sobą niczego. Zakochałeś się tylko w duchu. Wyjdziesz stąd - zakochasz się w kolejnym. A jak wrócisz do domu, to czeka na ciebie cała masa przyjaciół i kochająca cię rodzina - zrobił krótką pauzę, by wbić mocne spojrzenie w oczy młodzieńca -  Nie jesteś jak my. Ty nie niesiesz dla nas żadnej nadziei. Nie niesiesz nic dobrego. Przyszedłeś tu nas wkurwić?
- Nic o mnie nie wiesz - odparł przez zaciśnięte zęby James, cały czas szarpiąc się z rosłymi facetami.
- Wynoś się stąd i nigdy tu nie wracaj - powiedział obskurny mężczyzna i wyrzucił chłopaka za drzwi lokalu. Chłopak upadłszy na ziemię głową, rozciął łuk brwiowy i polała się krew.
James rzucił parę przekleństw w stronę parszywego baru i ruszył pijackim krokiem przed siebie. Z trudem odpalił papierosa, zataczając się. Szedł nierównym chodnikiem, co rusz wpadając w słupy, lub parkometry. Była późna godzina, ale mijali go przechodnie, patrząc na niego z rezygnacją w oczach. W głowie miał tylko jedną myśl; spotkać kobietę-ducha i pokazać jej, jak bardzo dobrym chłopcem potrafi być. Ale jej nie było. Widział jedynie szare mury i migoczące światła aut, które raz za czas go mijały.
Przystanął przy brudnym, zielonym koszu na śmieci, by dokończyć fajkę. Chociaż świat mu się rozmazywał, a światła latarni jeszcze pogarszały ten stan, to udało mu się dostrzec dziewczynę, która szła w grupce ze znajomymi. Zakochał się w jej dłoniach. Marzył, by pomierzwiła mu włosy. Widział oczami wyobraźni, jak dotyka jego twarzy opuszkami swych palców. Niczym dotyk anioła. Po chwili minęła James'a, wraz ze znajomymi, nie zwracając na niego najmniejszej uwagi.  
Młodzieniec ruszył za kliką przyjaciół, potykając się co krok. Stwierdził, że nie może dać jej odejść. Po paru minutach drogi grupa znajomych zatrzymała się i weszła do jednego z lokali. James zdał sobie sprawę, że doszedł za nimi aż do centrum. Podszedł pod ów lokal i spojrzał na wiszący, podrapany, rdzewiejący szyld, z dużym napisem; "Bar Pętla".
Chłopak pokręcił tylko głową, obrócił się na pięcie i ruszył do domu czując, że jest bardzo stary i bardzo samotny.

poniedziałek, 5 marca 2018



Zbyt często przeszłość przeszywa mnie na wylot powracając bezwstydnie i bezczelnie psując mi noce. Robi to zwykle niespodziewanie, z ukrycia. I zazwyczaj wtedy, kiedy najbardziej tego nie chcę. Ciężko jednak jest oprzeć się wspomnieniom; ich sile, magii i poczuciu bezwzględności czasu, dlatego poddaję się im ulegle, niczym wargi zagubionych kobiet białemu winu i tanim miłościom. A później płaczę. Płaczę ze świadomością, że przeszłe życie już nigdy nie powróci, a znaleźć mogę je jedynie w zamkniętym pomieszczeniu, gdzieś pod czupryną, z tyłu mojej głowy. I mimo tego, że dokładnie pamiętam każdy dotyk, każdy zapach, każdy szczegół, to wiem, że już nigdy nic nie będzie takie samo. Już nigdy nie będę patrzył w ten sam wyraz twarzy mamy, nie dotknę tych samych rąk taty, nie podzielę się tym samym uśmiechem z siostrami, a pierogi babci już nigdy nie będą smakowały, jak wtedy. I płaczę, płaczę, płaczę...A później się wściekam, wymierzam sobie parę mocnych ciosów i wracam do bycia złym chłopcem, którym jestem na co dzień.

Jako dziecko uwielbiałem marzyć. Często siedziałem na najwyższej gałęzi czereśni pod moim domem, patrzyłem w niebo i marzyłem. Lubiłem wtedy zamykać oczy. Żyłem w przekonaniu, że z zamkniętymi oczyma można ujrzeć znacznie więcej. Siedziałem tak często do późnych, wieczornych godzin, dopóki mama nie zawołała na kolacje, a potem do mycia. Marzyłem o wielu rozmaitych rzeczach, o jakich tylko siedmiolatek może marzyć. Marzyłem by poskakać na chmurach, przeżyć niezapomnianą przygodę walcząc z potworami i napisać o tym później książkę, marzyłem by świat pokemonów istniał naprawdę, marzyłem by zostać sławnym aktorem. Ale jak każde dziecko, miałem również jedno absurdalne marzenie, które w większości przypadków się spełnia – chciałem być dorosłym. 
Spełniło się. Jestem dorosły. I teraz zamiast marzyć o poważniejszych rzeczach, marzę o byciu z powrotem tym siedmioletnim, głupim, brązowookim marzycielem zapatrzonym w niebo.
Jako dziecko również dużo biegałem. Cały brudny, z patykiem w ręku służącym jako miecz, bądź pistolet(zaleznie od zabawy), ale uśmiechnięty, prześniąknięty wspaniałością tych czasów, o czystej duszy, sercu i sumieniu. Biegałem cały czas. Za piłką, za zwierzętami, za koleżankami, które ciągnąłem za warkocze. Uwielbiałem biegać. Razem z moimi kolegami, których kochałem ponad wszystko. Nie wiedziałem wtedy, że każdy krok biegu przybliża mnie do końca mych beztroskich lat. 
Uwielbiałem wiosnę, a poźniej czas żniw(mimo, że mam alergię na pyłki). Zapach kwitnących kwiatów i koszonej trawy, więcej słońca na niebie(wtedy świeciło jakoś mocniej) i krótkie spodenki do grania w piłkę. Wszystko to znaczyło dla mnie tak wiele.

Teraz chodzę tymi samymi ścieżkami, starszy o ponad dekadę. Wciąż widuję te same, stare twarze moich przyjaciół. Każda z tych oblicz już zgoła inna. Prześniąknięta nowym, prawdziwym życiem. Naznaczona trudami nowej codzienności. Biodra mych koleżanek teraz są znacznie szersze, tak jak barki moich kolegów. Już nie spotkamy się tak często, jak kiedyś. Nie biegamy już wspólnie – każdy z nas ma teraz własny maraton do przebiegnięcia. A ja często czuję się jak głupiec, bo chciałbym znów chwycić się za rekę i pobiec gdzieś razem. Uciec z ostatniej lekcji w podstawówce, porzucać się kasztanami, włamać się na budowę obcych ludzi, rozwalić kolano na szkolnym boisku. Jeszcze raz poczuć, to co kiedyś.

Teraz biegam z indeksem i plikiem książek na wyższą uczelnię, tylko już nikt nie trzyma mnie za rękę. Jeżdzę samochodem zrobić zakupy i rzadko kiedy kupuję lody na patyku za siedemdziesiąt groszy. W wakacje zamiast ciągnąć koleżanki za warkocze(gdzieś między krzakami truskawek), to pracuję, zapatrzony w wir obowiązków innych dorosłych, próbujących radzić sobie z życiem. Teraz koleżanki wymagają gustownych ubrań, drogich kolacji i dobrego alkoholu, a kiedyś skakaliśmy po sianie, w brudnych ubraniach, chadzaliśmy po łąkach, by zebrać bukiet polnych kwiatów, jedliśmy jednego lizaka na spółkę, bo na więcej nie mieliśmy pieniędzy.Ubierałem białe skarpetki do czarnych butów i nikt nie zwracał na to uwagi(piękne czasy).
Mam wrażenie, że kiedyś wszystko trwało dłużej; dłuższe dni, dłuższe noce, dłuższe spacery, dłuższe rozmowy. Kiedyś potrafliśmy patrzyć w gwiazdy i rozmawiać przez całą noc. Teraz spalimy razem papierosa w milczeniu i każdy z nas wróci do własnych zajęć. Pozostanie tylko kolor szminki na moim policzku, dużo bardziej wyrazisty, niż sam pocałunek. Kolor, który przypomina mi zgniecione wiśnie w mej ręce w upalny, letni dzień.

Czasami mam wrażenie, że wszystko przeżywam dwa razy bardziej, niż inni. Każdą emocję, każdy smak, każdy zapach, każdy dotyk; ludzie bez serca nie wiedzą, jakie mają szczęście. A ja, wciąż ten sam marzyciel, mam nadzieję, że kiedyś wszyscy znów razem się spotkamy, popatrzymy sobie w oczy, z tym samym, głupim, młodzieńczym wigorem i pobiegniemy marzyć, patrząc na białe obłoki chmur jasnego nieba, na starej czereśni pod moim domem.



Piotr Antoni Solarz, styczeń 2018





niedziela, 14 stycznia 2018

   

Duże miasta pełne są wąskich, ciemnych uliczek, do których sam diabeł boi się zaglądać. Te uliczki stanowią najbrzydszą część każdego miasta, ale dla wielu ludzi, są one najpotrzebniejsze. Odbywają się bowiem tam różne interesy, o których poważni ludzie woleliby nie wiedzieć. Żaden człowiek o zdrowych zmysłach woli się tam nie pchać. Przechodnie mijając te obskurne wymysły architektów odwracają wzrok, przyśpieszają kroku, zakładają słuchawki na uszy, byleby tylko nie słyszeć żałosnych skowytów więźniów, którzy na zawsze pozostali w czeluściach śmierdzącego miasta.
W naszym mieście mówi się, że ludzie, którzy wchodzą do owych mrocznych uliczek, nigdy później nie wychodzą z nich tacy sami. Legendy mówią, że poznając oblicze ciemnych ulic, oczy zaczynają łzawić, skóra truchleć, a nogi odmawiają posłuszeństwa. Podobno kiedyś, pewien Kazimierz(wykształcony człowiek, z zawodu inżynier), szczęśliwy mąż i ojciec, przypadkiem trafił do jednej z takich uliczek. Parę dni później został nałogowym alkoholikiem, zaczął zdradzać żonę, dzieci się wyrzekł, a rok później zabił się z rozpaczy. Mrok ulic dosięgnie każdego, kto choć przez chwilę się zatrzyma i zajrzy w ich głębię. Istnieje jednak jedna taka uliczka, najjaśniejsza z nich wszystkich, ale tylko z pozoru. Obrosło legendą, że znają ją tylko wtajemniczeni, ale w rzeczywistości słyszał o jej istnieniu każdy, któremu życie kiedyś przeszkadzało. Najpierw usłana jest płatkami róż, lecz im dalej w głąb – pozostają tylko kolce. Zwana jest ulicą Magnoliową.
Dzień był szary, smutny, bezbarwny, jak każdy o tej porze roku. Młody student o imieniu Franciszek niedawno poznał dziewczynę, w której się zakochał. Było to pewnej zimnej, grudniowej nocy, gdzieś w centrum miasta. Tamta noc przepełniona była zapachem cynamonu, goździków i piwa. Zobaczył ją siedzącą samą, trzęsącą się z zimna na jednej z ławek. Przypatrywała mu się z zaciekawieniem, ale spuszczała wzrok za każdym razem, kiedy ich spojrzenia się spotykały. Włosy jej były rozpuszczone, acz zakryte ciepłą czapką. Młodzieniec dostrzegł, że były jasne, a usta jej – choć spierzchnięte z zimna – skrywały w sobie wiele ciepła.
Franek był niewinnym, chłopcem, o gołębim sercu i nietypowej urodzie. Przykładał się do nauki, rodzicom pomagał, opiekował się młodszym rodzeństwem. Sumiennie chodził do kościoła i wypełniał swoje obowiązki. Dużo czasu spędzał na rozwijaniu swojej pasji; chciał zostać pilotem. W chwili jednak, kiedy zobaczył jej twarz, zapomniał o wszystkim. Kupił dwa grzańce, usiadł obok niej i wręczył jej jednego. W ten sposób, wśród radosnych rytmów gitary starszego pana i mrozu, który straszliwie doskwierał owej młodej parze, poznali się i zaczęli rozmawiać.
Miała na imię Emilia, a dusza jej zdawała się być radosna i ciepła, jak morskie fale na wybrzeżach Sycylii. Od tamtego momentu spotykali się często.  Kochali się namiętnie, spali razem objęci, rozmawiali o zawodzie pilota. Często stali w jej oknie i obserwowali miejskie życie(Emilia mieszkała bowiem w jednej ze starych kamienic, z doskonałym widokiem na życie miasta). Przy „ich” oknie, jak nazwała to Emilia, siedzieli godzinami i rozmawiali o życiu. Franek z chęcią przyrządzał jej śniadania, kupował wódkę i papierosy, chociaż tego nie pochwalał. Ona tylko wtedy mówiła, że to ostatni raz i że przestanie. On za każdym razem jej wierzył. Wystarczyło jedno spojrzenie jej oczu, by uwierzyć w najgłupsze kłamstwo świata.
 Opowiadał ukochanej, jak to jest dotykać skrzydłami samolotu nieba, tłumaczył, na jakiej zasadzie samolot unosi się w powietrzu. Obiecywał, że kiedyś zabierze ją w obłoki i tam się jej oświadczy. Ona wtedy z niedowierzaniem klaskała w dłonie i cieszyła się, jak dziecko z dużego lizaka. A Franciszek kochał jej śmiech, sprawiała wtedy wrażenie, jakby żadne zło świata nigdy jej nie dotknęło. Sam wtedy czuł się bezpiecznie, spokojnie, ciepło. I za te chwile ukojenia, które mu przynosiła, Franciszek wiedział, że zrobi dla niej wszystko.
Taki dzień nastąpił właśnie dziś, chwile po tym jak kochali się rano,  Franek znalazł się na ulicy Magnoliowej. Usta miał zaciśnięte, wzrok skupiony, a słuch wytężony. Czuć jeszcze było świeżą rosę i oddech miasta po upojnej nocy. Uliczka wyglądała na normalną. Dwie szare kamienice, które rozdzielała, wydawały się spoglądać na niego, drwiącym głosem szepcząc; „Uciekaj, młody człowieku”, ale jakby bez przekonania – jakby chciały zobaczyć co się wydarzy.
Przy końcu ulicy młodzieniec dostrzegł trzech chłopaków, najwyraźniej czekających na niego. Poprawił płaszcz, podniósł głowę, by wyglądać na bardziej pewnego siebie, choć jego ręce zdradzały strach, który nieudolnie próbował zamaskować. Z każdym krokiem czuł się coraz gorzej i coraz bardziej chciał się wycofać. Szedł powoli, starał się odliczać kroki, żeby w razie zagrożenia wiedzieć, ile musi ich przebiec, by wydostać się na główną ulicę, gdzie jedyny strach stanowią gołębie, bezzębni bezdomni i źle ubrane kobiety.
„Nie martw się kochanie, załatwię co trzeba. Czekaj na mnie przy oknie”, z tym zdaniem zostawił ja w mieszkaniu. Czuł się dumny, bo widział w jej oczach szczęście, które ją rozpierało. „Poradzę sobie” powtarzał w myślach, „tylko ten jeden raz”, „czas w końcu dorosnąć, prawdziwy facet powinien umieć załatwiać takie sprawy, prawda?” - pytał sam siebie. Ale zbyt wiele słyszał o ciemnych uliczkach. Dlatego przed zemdleniem chroniły go tylko wspomnienia jej roześmianych oczu i gorącego ciała, które czekało na niego z niecierpliwością. Tylko na niego. Te myśli dodały mu odwagi. Nagle przez chwilę poczuł się zwycięzcą, co dodało mu pewności siebie. Nawet zdarzyło mu się uśmiechnąć delikatnie pod nosem. Był już niedaleko, zatem zacisnął usta i przyśpieszył kroku.
Trzech młodzieńców przy końcu uliczki spoglądało na niego z zaciekawieniem. Ubrani byli w czarne, motocyklowe, skórzane kurtki, potargane spodnie i ciężkie buty. Dwóch czekało na niego z założonymi rękoma, a jeden, brązowowłosy, opierał się nonszalancko o ścianę i palił papierosa, jakby nie zainteresowany całym zajściem. Franciszek dostrzegł smutek na jego twarzy i głęboką pogardę dla niego, kiedy spotkali się wzrokiem. Dwóch poprzednich zrobiło krok w stronę Franka. Jeden z nich był wysoki, dobrze zbudowany, o kruczoczarnych włosach i bystrym spojrzeniu, aczkolwiek jego twarz miała na sobie wiele małych blizn. Był brzydki, ale owe blizny dodawały mu mistyczności, przez co mógł podobać się dziewczynom. Trzymał w dłoni butelkę piwa, a głos miał zachrypnięty. Drugi z nich, był trochę niższy, chudszy i nosił okulary. Sprawiał wrażenie inteligenta, którego sponiewierało życie. Wszyscy byli bardzo młodzi, co najwyżej dwa-trzy lata starsi od Franciszka.
- Proszę, proszę, co za ładny chłopiec. Kolejny do kolekcji – rzekł ten z bliznami, swoim chrypiącym głosem i wskazał na Franka – czego tu szukasz?
- Chcę kupić.
Czarnowłosy zbliżył się do Franciszka o odległość palca. Przybliżył do niego swoją twarz i intensywnie go powąchał. Wystraszyło to Franciszka i instynktownie odsunął się krok w tył. Czarnowłosy łotr był wyższy od niego o głowę.
- Mateusz, przestań – rzekł ten w okularach – musisz robić to za każdym razem? Sprzedaj mu to i niech spierdala. Mamy inne rzeczy do roboty – dodał, poprawiając okulary i odpalając szluga.
- Uwielbiam zapach magnolii – odpowiedział wysoki i jeszcze raz powąchał Franciszka, który był tak sparaliżowany wielkimi dłońmi młodego zbira, że nie mógł się ruszyć.
- Po co ci towar, młody?
- Potrzebuję.
- Nie wyglądasz na takiego, który potrzebuje takich rzeczy – odpowiedział łotr i uśmiechnął się odsłaniając szereg białych zębów – on jeszcze nie wie, chłopaki! - wykrzyknął – Ty nic jeszcze nie wiesz, prawda? - zwrócił się bezpośrednio do Franka, popychając go lekko palcem.
- Czego nie wiem? - odpowiedział mu pytaniem zdezorientowany i coraz bardziej zdenerwowany.
Łotr z bliznami o imieniu Mateusz tylko roześmiał się głośno, wziął łyk piwa i zaczerpnął głęboki oddech.
- Kurwa, pamiętam jak jeszcze ja nic nie wiedziałem. Piękne czasy, ach piękne czasy błogiej nieświadomości bycia oszukiwanym i zakochanym. Ile by człowiek dał, by znów móc wąchać te Magnolie z dzikim przekonaniem, że ona pragnie, że ona chce.
Mateusz zapatrzył się chwilę na Franciszka, po czym odwrócił się do przystojnego, brązowowłosego chłopaka, który wcześniej opierał się o ścianę paląc papierosa i kazał mu podać towar. Jacek(bo tak miał na imię owy chłopiec) popatrzył na niego znudzony, poprawił swoją kurtkę i podszedł do Franciszka. Wyglądał na zamyślonego, inteligentnego i bardzo ładnego młodzieńca, który był na pewno młodszy od swoich dwóch kolegów. Franek stwierdził, że mógł być w jego wieku. Jacek przeczesał swoje rozmierzwione włosy, ujął twarz nieznajomego w swoje dłonie i spojrzał ze smutkiem w jego oczy, niczym ojciec patrzy na twarz umierającego syna.
- Niech zgadnę  – odezwał się wreszcie – dziewczyna, prawda?
- Tak.
- O zapachu magnoliowym?
- Zawsze.
- O magicznym spojrzeniu, włosach jak sierpniowe zboże i różowiutkich ustach?
- Skąd Ty...
- O dłoniach delikatnych, nogach chudziutkich i oczach niebieskich?
- Tak, ale jak...
- Znam ją. Wszyscy ją tu znamy. Wszystkim nam złamała serce.
- I strugała pytę – dodał ten z blizną, śmiejąc się szpetnie.
- Jak to ją znacie? Wszyscy? Jak to serce złamała? Jak to strugała… Przecież mówiła...
- Och, ona wiele mówiła, przyjacielu – wtrącił okularnik.
- Mówiła, że jesteś jej pierwszym, prawda? - spytał ponownie Jacek.
- Mówiła.
- Mówiła, że jesteś najlepszym człowiekiem, jakiego spotkała? Że dzięki tobie czuje się kobietą? Że nikt nie całuje jak ty, że nigdy nie piła tak dobrej kawy? Że potrzebuje twoich ramion w zimne noce, że potrzebuje twoich ust, kiedy jest jej źle, że potrzebuje twoich słów, by koić jej serce? Mówiła, że kocha twoją pasję, ale zupełnie jej nie rozumie? - ciągnął dalej.
- Mówiła...
- Wszystkim nam mówiła – powiedział brunet z bliznami, rzucając spalonego kiepa w stronę Franciszka - wszystkim nam ta kurwa mówiła to samo.
- Ona jest złą kobietą, młody – powiedział okularnik – złą, niebezpieczną dziewczyną, która potrafi dać ci tyle samo radości, co cierpienia.
- Ach! Mówiła coś jeszcze o oknie? Pamiętacie, chłopaki? - spytał Jacek swoich kolegów.
- A tak, tak, coś było o oknie, cóż to takiego było...- przytaknął Mateusz zamyślony .
- No mówiła, mówiła – odezwał się okularnik – że to okno to tylko nasze, że jak odejdę, to ona skoczy, bo beze mnie, to ona nie ma sensu. Mówiła też, że zawsze będzie mnie wypatrywać z tego okna. Tak mówiła.
- A tak, mówiła dokładnie tak – powiedział wysoki i wziął łyk piwa – I jeszcze mówiła coś o ogrodzie pełnym magnolii, w którym chciałaby się schować przed światem. Taka sztucznie bojaźliwa była, chciała by ją przytulać wtedy. A ja, głupiec, jeszcze robiłem jej herbatę – powiedziawszy to zdanie, splunął ze wstrętem na ziemie.
- A wiecie co?! Mi się wydaje, że wy tylko takie cwaniaki jesteście. Droczycie się ze mną i tyle. Odmówiła wam pewnie tyle razy, że znęcacie się nade mną, a o niej stwarzacie nieprawdziwe historie! Chcielibyście, że to na was czekała teraz, opatulona tylko w ciepły koc. Tymczasem czeka na mnie! A nie na was! Wy jesteście tylko nędzną, ponurą bandą zwykłych skur... - zanim Franciszek zdążył dokończyć zdanie, Jacek z całą swoją siłą przyparł go do muru i uderzył w twarz.
- Obudź się, idioto, ty jeszcze masz szansę. Powiem ci jak będzie i sam zadecydujesz.
- Daj mi tylko ten towar i dajcie mi spokój – rzekł Franciszek, ocierając krew z ust i wyrywając swoją rękę z uścisku brązowowłosego, który próbował go podnieść – proszę...
- Słuchaj – podniósł go na siłę Jacek i otrzepał z pyłu – będzie tak, że damy ci ten towar. Ty pobiegniesz uradowany, że w końcu mogłeś coś dla niej zrobić, nie zdając sobie sprawy, że to ona cię wykorzystywała cały czas. W drodze do jej mieszkania, będziesz myślał o gorącym pocałunku, którym cię przywita, będziesz myślał o tajfunie jej włosów, którymi cię oplącze, gdy będziecie dziś zasypiać. Ale teraz nie zastaniesz Emilii w domu, zostawi ci tylko kartkę z napisem, że wyszła na spacer, pośpiewać z ptakami i żebyś zostawił to – wyjął z kieszeni plastikową torebeczkę – w jej mieszkaniu i nie czekał na nią, bo wróci późno. Następnie nie będzie się do ciebie odzywać, ale ty będziesz wracał cały czas pod jej okno; dzień za dniem, wypatrując jej sylwetki, ale nigdy jej nie zobaczysz. Cały czas będziesz wracał, bo będziesz wierzył, że ona istniała naprawdę, że była dla ciebie naprawdę. Będziesz wysyłał jej listy miłosne, będziesz kupował jej najlepsze suknie, będziesz pędził najlepszy alkohol dla jej krtani. Ale nigdy już jej nie zastaniesz w domu, zdasz sobie sprawę, że żadnego listu nie odczyta, żadnej sukni nie ubierze, a alkohol wyrzuci przez okno. Aż w końcu, po wielu tygodniach, usiądziesz ze łzami w oczach pod jej kamienicą, zapalisz papierosa i zrozumiesz. Wrócisz tu, na ulicę Magnoliową i będziesz starał się leczyć złamane serce, którego nie da się wyleczyć smutną poezją i tanimi fajkami. Tak będzie – skończył Jacek i zapalił szluga, spluwając na ziemię – chyba, że pójdziesz sobie stąd do siedmiu diabłów i nigdy więcej o niej nie pomyślisz.
- Dlaczego tak musi być? - szepnął Franciszek – dlaczego to nie miłość? Mówiła, że to okno zawsze będzie nasze, że jej biodra zawsze będą moje, że świat został wybudowany tylko dla nas...
- Wszystkim nam mówiła – powtórzył okularnik. - Wszyscy kiedyś byliśmy jej pierwszymi, wszyscy kiedyś byliśmy dla niej pędzlem Moneta, a ona naszym płótnem. Tak naprawdę jesteśmy tylko farbą; jedną z wielu, którymi tworzy swój impresjonistyczny świat – rzekł Jacek – Każdy z nas ma swoją ulicę Magnoliową. Nie musi ona jednak stać się naszą częścią. Można od niej uciec. Trzeba jedynie odwrócić serce w dobrym kierunku.
Franciszek był zrozpaczony. Serce waliło mu jak młotem, a świat już do reszty stracił swoje kolory. Nie mógł uwierzyć własnym uszom, ale miał na tyle rozumu, by przyjąć to do świadomości. Nienawidził tych trzech gnojków, którzy mieli czelność tak mówić o jego ukochanej. A z drugiej strony myślał, że mogli mieć rację. Że może rzeczywiście...
- Nie pomyślę już o niej nigdy więcej – rzekł Franek – ale chcę ten towar. Dla siebie. I chcę już stąd iść. Jesteście zwykłymi łajdakami.
- Wybierz mądrze – rzekł Jacek i podał mu torebkę – na nasz koszt. A teraz idź stąd i nie wracaj tu nigdy więcej. I pamiętaj; z jej okna droga prowadzi tylko w dół.

Franciszek włóczył się po mieście jeszcze przez kilka godzin, aż zrobiło się ciemno. Myślał wiele o niefortunnej sytuacji, w której się znalazł, nie mogąc się z nią pogodzić. Wierzył tym draniom, zbyt wiele rzeczy się zgadzało. I ten smutek w oczach tego chłopaka… Jakby codziennie przeżywał jakąś tragedię. Był zbyt prawdziwy, by kłamać. Byłby głupcem, gdyby im nie wierzył. Nie mógł natomiast uwierzyć jej, że mogła tak pięknie kłamać. Przecież ona była jego, a on jej. Całkowicie. To uczucie było tak niemożliwe, tak nierealne, że musiało być prawdziwe. Miał przeświadczenie, że każdy jej uśmiech, każdy jej dotyk stworzony był tylko dla niego. Ona nie mogła kłamać, tak piękna dziewczyna pewnie nawet nie potrafi kłamać...
Szwendał się ulicami brudnego miasta, aż w końcu przypadkowo(a może nie?) przechodził obok kamienicy, w której mieszkała Emilia. Obiecał sobie, że podejdzie tylko pod drzwi jej mieszkania, by ostatni raz je zobaczyć, by może poczuć jej zapach. Kiedy się zbliżył, zobaczył, że drzwi są uchylone. Wszedł do środka, nie kontrolując swoich nóg i umysłu. Musiał wiedzieć. Musiał wiedzieć, czy ona wciąż na niego czeka. Ale mieszkanie było puste, a okno zamknięte. Świeciła się tylko lampka, która światło kierowała na niestarannie wyrwaną kartkę z zeszytu, z krótką wiadomością od Emilii o wyjściu na spacer.
Lepka łza spłynęła po jego policzku i wyciągnąwszy towar z kieszeni marynarki, położył go na stole. Na odwrocie kartki napisał; „Przyjdę jutro, kochanie. Będę przychodził każdego dnia. Wypatruj mnie z okna”.






Piotr Antoni Solarz



https://www.youtube.com/watch?v=VlBIeZi3Ko4

IG; solvrz
snap; ejsvp


niedziela, 10 września 2017




Obudzili się wtuleni w siebie, wśród złocistych promieni słońca, które leniwie zaczęły wpadać do ich sypialni. Wydawało się, że żadna siła świata nie byłaby w stanie ich teraz rozdzielić – tak bardzo siebie kochali. Chłopakowi nie przeszkadzało, że zdrętwiała mu cała ręka od trwania w niewygodnej pozycji podczas snu. Zapach jej długich włosów wynagradzał wszystko i chciałby leżeć w tej niewygodnej pozycji nawet całą wieczność, jeśli mógłby tylko czuć swoją ukochaną obok. Przejechał opuszkiem palców po jej brązowej, opalonej, nagiej skórze; od ramienia, przez całą długość smukłej talii, aż do bioder, a potem złożył delikatny pocałunek na jej obojczyku. 
- To najlepszy poranek w moim życiu – rzekła dziewczyna, przewracając chłopaka na plecy i kładąc się na jego klatce – a to dopiero początek, kochanie! - dodała później, głosem tak szczęśliwym, że wszystkie ptaki przestały na chwilę śpiewać swoje poranne piosnki, zadziwione konkurencją. Następnie wstała, ubrała tylko wymiętą białą koszulkę oraz krótkie spodenki i udała się do toalety, a wszystko to pod uważnym wzrokiem swojego ukochanego, który pożerał każdy cal jej ciała. Jej jasne włosy sięgające połowy pleców, były koloru sierpniowego zboża. Przypominały chłopakowi beztroskie lata spędzone na wsi. Chodziła z niespotykaną gracją, a jej długie nogi sprawiały, że kolana innych chłopców miękły, a serca otwierały. Jej ciało nie było idealne, ale potrafiła wszystkie swoje braki uzupełnić jednym spojrzeniem jej wielkich, zawsze pięknie pomalowanych oczów. 
Marek przeczesał swoje rozmierzwione, gęste włosy, upajając się obecną chwilą. Był przystojnym młodzieńcem(nie miał nawet dwudziestu lat), który zakochał się pierwszy raz w życiu. Była to miłość doskonała; bez pretensji, ograniczeń i kłótni. Oboje mieli swoje niedoskonałości, ale razem tworzyli parę idealną. Jedyne czego pragnęli wraz z ukochaną, to tylko wzajemnej bliskości. On odczuwał prawdziwy głód dotyku, kiedy była zbyt daleko, a ona pragnęła resztę życia spędzić wtulona w jego ramiona. To, co zauroczyło chłopaka, to jej słodki rumieniec, który przypominał mu letnie maliny oraz ciepły uśmiech, który posyłała mu bardzo często. To ten uśmiech okazał się być kluczem do jego serca i żadne inne długie nogi, czy piękne twarze innych dziewcząt nie były w stanie go zastąpić. Znali się niedługo, ale ich miłość była absolutnie szczera i prawdziwa. 
Był środek ciepłego lata. Z ulicy dochodziły już przeróżne dźwięki miasta. Chłopak poczuł intensywny zapach kawy i smażonych jajek dochodzący z kuchni i wyrwał się z rozmyślań o ukochanej. Po chwili zwlekł się z łóżka i udał się pod prysznic. Założył bokserski, następnie zrobił kilka pompek i poszedł za zapachem. Ujrzał ją, gdy stała z białym kubkiem kawy na balkonie i obserwowała przechodzących na dole ludzi. Jej włosy falowały na delikatnym wietrze, a jej sylwetka, wśród złocistych promieni słońca, wyglądała jak ze snu. Marek dołączył do niej, objął jej wąską talię i namiętnie pocałował w jej pełne, świeże usta.
Ludzie zdawali się patrzyć na nich z dołu i dało się dostrzec zazdrość w ich oczach, kiedy widzieli dwoje beztroskich dzieciaków, śmiejących się bezczelnie do siebie, w taki upalny dzień o porannej porze. Dla tych z dołu, świat naszych bohaterów wydawał się tak odległy i tak magiczny, że żaden z nich nie myślał o nim prawdziwie; jedynie gdzieś w swoich wspomnieniach, bądź najskrytszych marzeniach. Przecierali tylko oczy ze zdziwienia, a następnie spuszczali głowy i z kwaśną miną przechodzili dalej. Ulicą szła para starszych ludzi. Pan miał lat osiemdziesiąt, a jego partnerka nieco mniej. Przystanęli na chwilę i patrzyli w milczeniu na szczęśliwość w oczach naszych bohaterów. Obydwoje w życiu widzieli już wiele, ale ów widok sprawił, że staruszkowie na chwilę stracili kontakt z rzeczywistością i ulecieli gdzieś w bajeczne krainy majowych nocy, kiedy to lata temu razem siadywali na ławce trzymając się mocno za ręce i nie myśląc o niczym więcej. Kiedy młody chłopak wziął w ramiona swoją ukochaną, starszy pan z ulicy popatrzył na swoje stare, pomarszczone dłonie, niezdolne już do takich wysiłków i głośno westchnął.
- Pamiętasz kochanie, lato roku 60 w Warszawie? - zwrócił się starzec do swojej żony obok – spędziliśmy je całe pod czereśnią w ogrodzie moich rodziców. Mieliśmy może z dwadzieścia lat – dokończył zamyślony.
- Ach, tak. Jakiż piękny był wtedy świat – westchnęła staruszka i chwyciła męża za rękę – słońce nigdy potem już nie świeciło tak mocno.
Większość z widzów przechodzących pod balkonem naszych zakochanych odczuwała pewną nostalgię i ciepłe uczucia, które powracały do nich z przeszłości. Każdy z nas bowiem ma swój balkon – swój mały kawałek nieba, który zostaje w nim na całe życie. Może to być miejsce, piosenka, rzecz, cokolwiek z przeszłości, które niegdyś stanowiło dla nas cały świat i bezpieczne lokum.
Tymczasem ukochana założyła chłopakowi ręce za szyję, uśmiechnęła się i rzekła z radością;
- Dzień dobry!
- Najlepszy – odpowiedział, a następnie uchwycił jej podbródek w dwa palce, kciukiem dotykając jej dolnej wargi – jak się spało?
- Jak nigdy. Sama nie wiem, czy dzieje się to naprawdę. Proszę powiedz mi, kochany, powiedz, że to wszystko – przejechała dłonią po jego twarzy - to prawda – odpowiedziała patrząc mu głęboko w oczy. On spojrzał na nią, zamyślił się, a potem niespodziewanie chwycił ją mocno za piersi, aż wydała z siebie głośny pisk i odsunęła się o krok.
- Yup, zdecydowanie prawdziwe – stwierdził i roześmiał się szarmancko, gdy ona udając obrażoną uderzyła go w brzuch, krzycząc na całą ulicę, że jest idiotą. Po chwili roześmiała się razem z nim, i ucałowała czerwone miejsce odbitej dłoni na jego torsie.
Chłopak odwrócił się znów w stronę ulicy, oparł o barierki, odpalił papierosa i zaczął przyglądać się ludziom, którym śpieszno było do pracy. Ona podziwiała jego plecy, które zeszłej nocy trochę podrapała. Jego widok poruszał w niej bardzo intymne, niespotykane wcześniej emocje. Była dobrą, grzeczną dziewczynką, a ten łotr, jej kochany łotr wszedł w jej życie i wywrócił wszystko do góry nogami. Wyglądał tak pięknie, gdy się uśmiechał, jakby żadne troski go nie dotyczyły. Kiedy była z nim, rzeczywiście czuła się, jakby cały smutek opuścił ten świat, a oni znajdowali się w jakiejś niewidzialnej kuli, która oddziela ich od wszelkiego zła i niepowodzeń. Pewność siebie, którą emanował, a zarazem niezwykła wrażliwość sprawiały, że nasza boheterka traciła zmysły. Wielu było innych adoratorów, nawet dużo starszych od niego, którzy chcieli ją ukraść, za jakieś marne grosze, ale serca nie da się kupić. A to jej głupie serce wybrało wlaśnie jego. Tego cholernego, perfekcyjnego głupka, za którym poszłaby na koniec świata i krok dalej. Nie bała się, że całkowicie oddała całą siebie jakiemuś młodzieńcowi, którego znała dopiero od paru dni – kochała go tak bardzo, że zrobiłaby to drugi raz. Wystarczyło jego jedno spojrzenie, tak namiętne i ciepłe, żeby zamieniła się w małego kotka, który całymi dniami chce tylko pić świeże mleko i tulić się do swego pana. Och tak, on był jej panem. Panem jej emocji, duszy i serca.
- Wiesz, Marysiu – odezwał się chłopak - jak za kilkadziesiąt lat będę chciał wrócić do naszych wspólnych dni, to nie po to, by zmienić cokolwiek, ale tylko po to, by móc przeżyć je jeszcze raz – powiedział młodzieniec, cały czas zapatrzony na ruchliwą ulicę. 
- Jest jedna rzecz, którą należałoby poprawić – odparła ukochana, wbijając swe palce w jego gęste włosy.
- Ależ jaka? - Marek odwrócił się i ujął ukochaną w ramiona – Co to za rzecz, kochanie? Zrobiłem coś źle? 
- Spaliliśmy jajecznicę – powiedziała dziewczyna z uśmiechem i szybko pobiegła do kuchni, by wygonić wstręny, szary dym przez okna. Marek tylko roześmiał się głośno, dopił kawę i odpalił kolejnego papierosa, patrząc na kłębiące się na niebie chmury. Czuł się wyśmienicie.
- Nie wiedziałem, że tak szybko biegasz! - krzyknął do niej młodzieniec, ale po chwili Marysia stanęła we framudze drzwi balkonowych, zdjęła z siebie koszulkę odsłaniając młode piersi, rzuciła nią prosto w jego twarz, a następnie przygryzła wargę i powiedziała;
- Złap mnie, jeśli potrafisz – po czym wraz z jego głośnym śmiechem uciekła prosto do dużego łóżka, ubranego w białą pościel i donośne pragnienia dwóch młodych, bezgranicznie zakochanych ludzi.



Zapach kawy, spalonej jajecznicy i porannego miasta miał im towarzyszyć już zawsze. Spędzili w ten sposób jeszcze wiele wspólnych dni. Nie robili nic, oprócz kochania się wzajemnie i snucia marzeń. Marzyli o różnych rzeczach, nawet tych najbardziej niemożliwych do zrealizowania. On chciał być sławnym aktorem, a ona znaną piosenkarką. Marzyli by mieć wspólny wielki dom, z dala od miasta i zgiełku – gdzieś wśród zacisznych dolin, zwierząt i rzek. 
On zawsze ją rozśmieszał, a ona dbała o jego dobro. Nie obchodziło ich wtedy absolutnie nic; żadne zamachy, fałszerstwa, zbrodnie i niedogodności. Widzieli tylko swoje oczy, czuli swoje dłonie i usta. Słyszeli tylko swoje głosy i bicia serc. Czasem, gdy dopadała ich nuda, wychodzili na balkon i obrzucali smutnych ludzi jajkami, wodą, lub niedopałkami, by później w radosnym uśmiechu powrócić do środka by znów zacząć się kochać. 
Byli całkowicie wolni.
Byli całkowicie zakochani.
Byli całkowicie szczęśliwi. 
Nie czuli żadnego wstydu między sobą, nie czuli żadnych zobowiązań, nie myśleli o przyszłości. Przyszłością było dla nich ich własne „na zawsze” - innej nie znali. Inna przyszłość wydawała się taka odległa. Inna przyszłość miała nigdy nie nastąpić. 
Spędzali całe dnie na rozmarzaniu. I mieli do tego całkowite prawo. Mieli niecałe dwadzieścia lat. Wtedy świat wydaje się najpiękniejszy. A stojąc razem na swoim balkonie i rzucając w innych jajkami, nigdy nie czuli się bardziej szczęśliwsi, niż wtedy.

Mieli niecałe dwadzieścia lat, a słońce już nigdy potem nie świeciło tak mocno.

poniedziałek, 17 lipca 2017





Wysiadłem ze starego, obskurnego pociągu; tak brzydkiego, że każdy odruchowo odwracał wzrok, gdy tylko spojrzał na jego zardzewiałą blachę i brudne szyby. Znalazłem się na brudnym peronie, w miejscu bliżej mi nieznanym; gdzieś za dużym miastem, w samym środku tajemniczego lasu, który osłaniał mnie całym swoim majestatem. Pociąg ruszył ze zgrzytem i zabrał swoją brzydotę wraz ze smugami dymu, a ja stałem w ciszy jeszcze przez chwilę, chłonąc piękny widok pomarańczowych chmur, które swoim żywym kolorem – dzięki zachodzącemu słońcu – zdołały przebić się przez konary wysokich drzew, otaczajacych moją małą głowę. Odczułem prawdziwy spokój i rozkoszowałem się tym widokiem tak bardzo, że usiadłem na betonowych schodach peronu. Wyciągnąłem z kieszeni marynarki srebrną piersiówkę i pociągnąłem łyka, a następnie odpaliłem papierosa i zagłębiłem się w myślach. 
Po paru minutach, podniosłem się, otrzepałem z brudu i ruszyłem w sam środek dzikiego lasu, całkiem sam, jedynie z pozostałością przezroczystego płynu w mojej srebrnej buteleczce i nadzieją, że ten wieczór będzie lepszy, niż dotychczasowy dzień. 

Estera była ogromnym, nowoczesnym domem w samym środku tego przeklętego lasu, z przeszkolnym tarasem, dziesięcioma sypialniami, basenem i hazardowymi zabawkami. Kiedy dotarłem na miejsce, moi przyjaciele już tam byli z całą resztą ludzi bawiących się świetnie, domyślając się po głośnych krzykach i strumieniach wódki, które już zdążyłem zauważyć z daleka. Dom należał do rodziców Lucjana – mojego znajomego, którego szanowano jedynie za yeezy na stopach i organizownie imprez. Wszedłem do środka, ściągnąłem czarną marynarkę i zostałem w samej kamizelce i białej koszuli. Jest środek ciepłego czerwca, ale zostałem przywitany zimnymi spojrzeniami i huczną muzyką. 
- Antoni! - podszedł do mnie przystojny brunet i uścisnął mi rękę z uśmiechem – zaraz gram, chcesz posłuchać? 
- Tak. - odparłem i odpaliłem papierosa. 
Aleksy był początkującym pianistą i moim najlepszym przyjacielem zarazem. Był uwielbiany przez wszystkich, ze względu na swój nieprzeciętny talent i niesamowity urok osobisty. Dziewczyny często traciły głowę, gdy tylko na nie spojrzał, ustawiały się w kolejkach, by tylko móc go dotknąć i poczuć jego zapach. Aleksy doprawdy był bardzo przystojnym młodzieńcem, ale na nieszczęście wszystkich pań - nie bardzo go one interesowały. Zamiast krókich spódniczek i długich nóg, wolał klawisze fortepianu, swoje odbicie w lustrze i silne ramiona innych mężczyzn. Chował to jednak w tajemnicy, a ja byłem jedynym, który to wiedział. 
Często się kłóciliśmy, gdyż oboje mieliśmy cięzkie charaktery. Już nie raz lała się krew, a z ust wypływały ciężkie słowa, ale zawsze potrafiliśmy ze sobą współgrać. Ja byłem przywódcą, tanim romantykiem i dobrym rozmówcą, a on emocjonalnym muzykiem, z trudną przeszłością i poczuciem bycia wielkim artystą. 
Aleksy zawsze był zamknięty na świat, nieosiągalny dla innych, gdy grał. Nie interesował się niczym więcej, oprócz swojej muzyki, co mnie – jako pisarza – bardzo denerwowało. Zbierał jednak owoce swojej pasji, gdyż był popularny i kochany, dlatego czasem zastanawiałem się, czy nie byłem po prostu zazdrosny. Może jako pisarz w XXI wieku odczuwałem bezużyteczność? W naszych czasach pisarze i poeci są niepotrzebni – nasz świat pragnie jedynie robotów skręcających maszyny w martwym uśmiechu. On natomiast był potrzebny – nawet błaznom w drogich ciuchach raczących się Chardonnay.
My nie jesteśmy robotami. Każdy z nas jest artystą patrzącym na to samo niebo, odczuwającym inne prądy w głębi duszy, ciała i serca,. Każdy z nas inaczej kreuje swoją wizję – nie da się nas zaprogramować. 
Jesteśmy jak te naiwne dzieciaki biegające beztrosko u dziadka w sadzie, chowające się po krzakach, tworzące siłą wyobraźni karabiny maszynowe z patyków, granaty z szyszek i sztuczne monety z płatków kwiatów zerwanych ku złości babci, która spędziła parę tygodni, by sprawić jej ogród piękniejszym. 
Podeszliśmy razem do barku i nalaliśmy sobie whisky. 
- Znalazłeś jakiegoś Adonisa? - spytałem.
- Nie, nie obchodzą mnie bogate dzieciaki w paskach Gucci. 
- Te paski są ohydne – potwierdziłem i dolałem jeszcze brunatnego płynu do szklanki. 
- A Ty, przyjacielu? Znalazłeś jakąś panią? 
Miałem odpowiedzieć, że nie obchodzą mnie puste lale w bluzach Thrasher'a i zbyt długich rzęsach. Odwróciłem tylko wzrok i zmieniłem temat;
- Powiedz mi, Alek...Jak to jest z tymi pannami? Jak to możliwe, że cię nie ruszają?
Aleksy dokończył swoją szklankę i polał sobie następną czterdziestkę. Wypił wszystko, pogroził mi palcem, żebym był ciszej i zamyślił się na chwilę. 
- One dbają tylko o swój komfort i włosy. Mi do muzyki jest to niepotrzebne. I nie mów tak głośno, o moich upodobaniach, wiesz, że jak ktoś się dowie, to koniec.
- Nie uważasz, że są piękne? - naciskałem.
- Są, w istocie. Dlatego dla nich gram, Antoni. Tyle mogę dla nich zrobić. Za to Ty? Ty grasz słowami, przyjacielu, możesz zrobić dla nich dużo więcej, niż ja. A one Tobie z wzajemnością. – poklepał mnie po plecach i odszedł w stronę fortepianu, zostawiając mnie samego z kieliszkiem drogiej whisky. Poniekąd mu tego zazdrościłem. Chciałbym, by kobiety były mi obojętne. Jakże piękniejszy byłby wtedy świat.


Kiedy wyłączono muzykę, wszyscy obecni zebrali się w pobliżu czarnego fortepianu. Aleksy usiadł przy klawiszach, podciągnął rękawy i po chwili zaczął grać. Melodia była tak piękna, wolna i subtelna, że po chwili łzy naszły mi do oczu ze wzruszenia i patrzyłem na Aleksego, jak na pana moich emocji i mej duszy. Nic dziwnego, że panie zakochiwąły się w nim bezgranicznie. Biedne, doprawdy biedne. Byłem chyba jedynym facetem, który mógł zrozumieć ich ból. Odwróciłem się na pięcie i po cichu wyszedłem z pokoju, przepełnionego piękną, acz smutną muzyką płynącą prosto z duszy Aleksego. 
Wyszedłem na balkon trzeciego piętra. Nastała noc, a nade mną tliło się już wiele gwiazd. Odpaliłem papierosa i przyglądałem się mrokowi, a w bardzo dalekiej oddali dostrzegłem światła jakiegoś większego miasta. Zawsze lubiłem obrazy nocnego miasta. Specyficzna aura, która wtedy nastaje wwierca się we mnie, a ja często tonę w jej głębi. Oddziałuje ona na mnie w sposób wyjątkowy. Dlaczego? Nie wiem, bo przecież ja boję się mroku. A jednak coś stale mnie do niego ciągnie. Tak jak pełne usta barmanki, czy długie nogi otulone w czarną spódnicę. Ale to może właśnie dlatego – strachu – tak bardzo mnie to zajmuje. A usta, czarne spódniczki i mroczne miasto, to rzeczy równie niebezpieczne. 
Często staję na balkonie i obserwuję nocny świat. Najpierw patrzę na gwiazdy(najpiękniejsze są w letnie noce), a następnie na miasto, które wydaje się nieustannie migotać, wraz z przejeżdżającymi samochodami, neonowymi reklamami i światłami latarni – które przecież stałe – tak często się rozmywają. Stojąc kompletnie sam, z myślami wyżerającymi resztki spokoju, często wymyślam różne sceny, odgrywające się w punkcie mojego wzroku. Układam dialogi między ludźmi, których nie znam, i zapewne nigdy nie poznam. Czasem dokładam do tego historie; najczęściej miłosne. Ciekawym jest to, że nie potrafię sobie wyobrazić szczegółów, a jedynie przelotne obrazy, z których nie wyciągam konkretów, a jedynie mżonki. Mimo tego; kiedy moje myśli fruwają w kierunku nocnego miasta, a mój wzrok znajduje się w stagnacji, to dopada mnie smutek. Zawsze. Jest to ten właściwy rodzaj smutku, który jest znany nam wszystkim. Nie dopadają mnie demony przeszłości. Wtedy odzywa się przyszłość. Ta czarna powłoka, na którą tak często patrzę, ukrywa przede mną wszystkie te rzeczy, które zrobię źle i dobrze, ukrywa każdy możliwy detal nie dając żadnych wskazówek. Po prostu patrzy na mnie niegrzecznie i policzkuje swoim milczeniem. A ja, głupiec – wciąż patrzę i patrzę rozczarowany ciszą... 
Częściej natomiast znajduję się w centrum owego zgiełku. Czując miasto nocą, czyli seks zmieszany z alkoholem i odrobiną wstydu, odczuwam spokój i dziwną nostalgię. Widząc przewijające się przed oczami sceny awantur, kłótni i pożądania, czuję impuls działania przeszywający mnie na wskroś. Zawsze jest jednak on nieodgadniony, a ja miotam się przez następne dni starając się go zrozumieć. Och, czy jest tu ktoś, kto zrozumie myśli faceta? 
Nocne miasto dostarcza mi emocji. Kocham emocje. Nie mam czasu na rzeczy pozbawione emocji. Uwielbiam pisać o emocjach, uwielbiam starać się je rozumieć, a często czytać je z innych. Potrafię patrzeć komuś w oczy i niemal czuć tę jednostkę. Znać jej potrzeby, intencje, pragnienia. Tak już mam, łatwiej mi zrozumieć innych, niż siebie. 
Kocham obrazy nocnego miasta, bo to obrazy, które nigdy mnie nie nudzą. Każdego razu są inne i mimo że z wierzchu takie same; zawsze niosą ze sobą coś nowego. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego noc tak na mnie działa; to jakby wszczepić mi inną duszę w ciało. 
Często ludzie dziwią mi się, kiedy wpatruję się gwiazdy przez długi czas. Zazdroszczę gwiazdom. Zwykle kiedy dopada mnie nostalgia połączona ze smutkiem i tanim sentymentalizmem, to jestem sam. Czasem przeczesuję moje włosy prawą ręką i wyobrażam sobie, że robi to ktoś inny. A gwiazdy? Od milionów lat nieustannie obok siebie, obserwujące nocne miasto emocji, naćpanych pań, tandetnych dram i małego mnie, z papierosem w ręku i umysłem pełnym imitacji zdarzeń i dialogów, które nigdy nie zostaną przeprowadzone.
Usłyszawszy nagle otwierające się drzwi na balkon, odwróciłem głowę i oderwawszy się od myśli, ujrzałem najpiękniejszą dziewczynę w swoim życiu. Miała na sobie hipnotyzującą, długą suknię, czerwoną szminkę i ciemne, lśniące włosy. Jej biżuteria świeciła się jasno, dodając jej jeszcze więcej blasku, a ja, powoli tonąc w jej zielonych oczach, zauważyłem łzy na jej drobnych policzkach.
- Antoni - zaczęła subtelnym głosem.
- Ciemnowłosa.
- Nie pasuję tutaj. 
- Widzę.
- Masz papierosa?
- Proszę. 
Ogień zapalniczki oświetlił jej twarz jeszcze dokładniej, a ja zakochałem się w niej jeszcze bardziej.
- Ci wszyscy ludzie, Antoni...Nie lubię ich.
- Oni nas też nie. 
- Dlaczego cię nie lubią?
- Bo ich oceniam. Śmieję się z nich. Niszczę ich światy. 
- A dlaczego nie lubią mnie?
- Bo do nich nie pasujesz. Jesteś inna. Twoje oczy patrzą inaczej, twoje serce czuje mocniej. Twój umysł jest piękniejszy od innych. Czuję to. 
Oparliśmy się o balkon i oboje przez chwilę w milczeniu wpatrywaliśmy się w pustkę. 
- Zamierzam stąd skoczyć – powiedziała nagle nieznajoma, dość stanowczym głosem.
Odpaliłem papierosa i zaciągnąłem się mocno.
- Dobrze. Nazwę cię „dwudziestym wiekiem”, okej? - spytałem wypuszczając dym.
- Dlaczego? - spytała zmieszana. 
- Bo wraz z tobą umrze cały styl i klasa.
- Dlaczego przyszło żyć nam w takim świecie, Antoś? - zapytała, głosem bez nadziei i popatrzyła mi w oczy.
Zdjąłem delikatnie kciukiem łzę z jej policzka i powiedziałem;
- Chciałbym wziąć cię na ręce, uspokoić i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Powiedziałbym ci, że wyjedziemy na wieś, z dala od świateł i wrzasku, ale to niemożliwe. Wszystko będzie tylko gorzej. Jedyne co mogę ci powiedzieć, to to, że jesteś niesamowicie piękna i mógłbym patrzeć na ciebie godzinami. Patrzyłbym na ciebie codziennie rano, gdy wstajesz zmęczona z łóżka, gdy parzysz kawę, gdy złościsz się, bo zrobiłaś krzywą kreskę. Patrzyłbym na ciebie, gdy zdejmowałabyś swoją suknię, gdy kładłabyś swoje małe dłonie na mojej klatce, gdy ciągnęłabyś mnie za włosy w upojnym pocałunku. Patrzyłbym na twoje usta, gdy kosztowałyby białego wina w Paryżu, patrzyłbym na twoje dłonie, gdy opiekowałabyś się naszym synem nad morzem, patrzyłbym na ciebie, kiedy nie miałabyś już sił i zabijała się kolejnym papierosem. I za każdym razem wyglądałabyś tak samo pięknie. Nawet za chwilę, gdy znajdziesz się tam na dole – wskazałem palcem twardą kostkę brukową – będziesz wyglądać najpiękniej ze wszystkich.
Ukryła twarz w dłoniach i rozpłakała się.
- Zrobiłam coś bardzo złego, Antoni. 
- Co takiego?
- Poznałam sekret twojego przyjaciela. I wyjawiłam go wszystkim.
- Dlaczego to zrobiłaś?
- Mam dość fałszu.
- To koniec jego kariery.
- To koniec jego życia, Antoni. Teraz jest tylko jednym z wielu niemile widzianych gości. Żyjemy w Polsce, zapomniałeś, pisarzyku? On już czeka na mnie tam, na dole – wskazała ręką. 
- Pierdol się – wypaliłem przez zaciśnięte zęby. 
- Pocałuj mnie.
- Kim ty, kurwa, jesteś? - patrzyłem na nią zdumiony i miałem łzy w oczach – kim ty, kurwa, jesteś?
- Pocałuj mnie.
Pocałowałem. 
- Nieudanym eksperymentem dwudziestego pierwszego wieku – powiedziała spokojnie, odrywając się od moich ust i patrząc gdzieś w dal.
Popatrzyłem na nią z niedowierzaniem, pokręciłem głową z oszołomieniem i odwróciłem się. Po chwili usłyszałem tylko zduszony huk, jakby dźwięk ciała uderzającego o kostkę brukową, z wysokości mniej więcej trzeciego piętra.

Wróciłem do środka, nalałem sobie zbyt dużo whisky i wypiłem wszystko naraz. Muzyka grała głośno, nikt nie słyszał złamanego przed sekundą serca, każdy był zajęty sobą. Było tu bardzo ciemno, jedynie neony stanowiły ułamek światła. Trzęsłem się cały, więc poszedłem do toalety. Tam natknąłem się na grupkę znajomych, którzy zanurzali swój nos w śniegu. Wybiegłem stamtąd jak najszybciej potrafiłem i trafiłem na pijane panie, które chciały zabrać mnie gdzieś na górę, ale wymknąłem się im zwinnie i poszedłem poszukać mojej marynarki. Co chwilę mijałem ludzi zawieszonych gdzieś między dwoma wymiarami, potykałem się o puste butelki, słyszałem czyjś płacz, śmiech i odłgosy niewątpliwej przyjemności, wydobywające się z poszczególnych pomieszczeń.
Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak wiele dusz ginie podczas jednej imprezy. Wyszedłem z tego domu wariatów i ruszyłem w las. Nie wiedziałem, czy idę w dobrą stronę, nie wiedziałem, gdzie dojdę. Wyciągnałem papierosa i odpaliłem go. Przystanąłem na chwilę, by złapać oddech. I stojąc tak, pośrodku ciemnego lasu, z papierosem w ręku i wspomnieniami z Estery, nigdy nie czułem się bardziej bezpieczny i bardziej samotny, niż wtedy.  

#checkmeout

#checkmeout
Stać się człowiekiem to sztuka, więc stań się nim razem ze mną. Nie musisz dużo o mnie wiedzieć, by zostać tu na dłużej.

#followme

#socialmedia

Copyright; Piotr Solarz. Obsługiwane przez usługę Blogger.