by Antoni Solarz

WSPÓŁCZESNE PROBLEMY MŁODEGO SPOŁECZEŃSTWA

poniedziałek, 17 lipca 2017





Wysiadłem ze starego, obskurnego pociągu; tak brzydkiego, że każdy odruchowo odwracał wzrok, gdy tylko spojrzał na jego zardzewiałą blachę i brudne szyby. Znalazłem się na brudnym peronie, w miejscu bliżej mi nieznanym; gdzieś za dużym miastem, w samym środku tajemniczego lasu, który osłaniał mnie całym swoim majestatem. Pociąg ruszył ze zgrzytem i zabrał swoją brzydotę wraz ze smugami dymu, a ja stałem w ciszy jeszcze przez chwilę, chłonąc piękny widok pomarańczowych chmur, które swoim żywym kolorem – dzięki zachodzącemu słońcu – zdołały przebić się przez konary wysokich drzew, otaczajacych moją małą głowę. Odczułem prawdziwy spokój i rozkoszowałem się tym widokiem tak bardzo, że usiadłem na betonowych schodach peronu. Wyciągnąłem z kieszeni marynarki srebrną piersiówkę i pociągnąłem łyka, a następnie odpaliłem papierosa i zagłębiłem się w myślach. 
Po paru minutach, podniosłem się, otrzepałem z brudu i ruszyłem w sam środek dzikiego lasu, całkiem sam, jedynie z pozostałością przezroczystego płynu w mojej srebrnej buteleczce i nadzieją, że ten wieczór będzie lepszy, niż dotychczasowy dzień. 

Estera była ogromnym, nowoczesnym domem w samym środku tego przeklętego lasu, z przeszkolnym tarasem, dziesięcioma sypialniami, basenem i hazardowymi zabawkami. Kiedy dotarłem na miejsce, moi przyjaciele już tam byli z całą resztą ludzi bawiących się świetnie, domyślając się po głośnych krzykach i strumieniach wódki, które już zdążyłem zauważyć z daleka. Dom należał do rodziców Lucjana – mojego znajomego, którego szanowano jedynie za yeezy na stopach i organizownie imprez. Wszedłem do środka, ściągnąłem czarną marynarkę i zostałem w samej kamizelce i białej koszuli. Jest środek ciepłego czerwca, ale zostałem przywitany zimnymi spojrzeniami i huczną muzyką. 
- Antoni! - podszedł do mnie przystojny brunet i uścisnął mi rękę z uśmiechem – zaraz gram, chcesz posłuchać? 
- Tak. - odparłem i odpaliłem papierosa. 
Aleksy był początkującym pianistą i moim najlepszym przyjacielem zarazem. Był uwielbiany przez wszystkich, ze względu na swój nieprzeciętny talent i niesamowity urok osobisty. Dziewczyny często traciły głowę, gdy tylko na nie spojrzał, ustawiały się w kolejkach, by tylko móc go dotknąć i poczuć jego zapach. Aleksy doprawdy był bardzo przystojnym młodzieńcem, ale na nieszczęście wszystkich pań - nie bardzo go one interesowały. Zamiast krókich spódniczek i długich nóg, wolał klawisze fortepianu, swoje odbicie w lustrze i silne ramiona innych mężczyzn. Chował to jednak w tajemnicy, a ja byłem jedynym, który to wiedział. 
Często się kłóciliśmy, gdyż oboje mieliśmy cięzkie charaktery. Już nie raz lała się krew, a z ust wypływały ciężkie słowa, ale zawsze potrafiliśmy ze sobą współgrać. Ja byłem przywódcą, tanim romantykiem i dobrym rozmówcą, a on emocjonalnym muzykiem, z trudną przeszłością i poczuciem bycia wielkim artystą. 
Aleksy zawsze był zamknięty na świat, nieosiągalny dla innych, gdy grał. Nie interesował się niczym więcej, oprócz swojej muzyki, co mnie – jako pisarza – bardzo denerwowało. Zbierał jednak owoce swojej pasji, gdyż był popularny i kochany, dlatego czasem zastanawiałem się, czy nie byłem po prostu zazdrosny. Może jako pisarz w XXI wieku odczuwałem bezużyteczność? W naszych czasach pisarze i poeci są niepotrzebni – nasz świat pragnie jedynie robotów skręcających maszyny w martwym uśmiechu. On natomiast był potrzebny – nawet błaznom w drogich ciuchach raczących się Chardonnay.
My nie jesteśmy robotami. Każdy z nas jest artystą patrzącym na to samo niebo, odczuwającym inne prądy w głębi duszy, ciała i serca,. Każdy z nas inaczej kreuje swoją wizję – nie da się nas zaprogramować. 
Jesteśmy jak te naiwne dzieciaki biegające beztrosko u dziadka w sadzie, chowające się po krzakach, tworzące siłą wyobraźni karabiny maszynowe z patyków, granaty z szyszek i sztuczne monety z płatków kwiatów zerwanych ku złości babci, która spędziła parę tygodni, by sprawić jej ogród piękniejszym. 
Podeszliśmy razem do barku i nalaliśmy sobie whisky. 
- Znalazłeś jakiegoś Adonisa? - spytałem.
- Nie, nie obchodzą mnie bogate dzieciaki w paskach Gucci. 
- Te paski są ohydne – potwierdziłem i dolałem jeszcze brunatnego płynu do szklanki. 
- A Ty, przyjacielu? Znalazłeś jakąś panią? 
Miałem odpowiedzieć, że nie obchodzą mnie puste lale w bluzach Thrasher'a i zbyt długich rzęsach. Odwróciłem tylko wzrok i zmieniłem temat;
- Powiedz mi, Alek...Jak to jest z tymi pannami? Jak to możliwe, że cię nie ruszają?
Aleksy dokończył swoją szklankę i polał sobie następną czterdziestkę. Wypił wszystko, pogroził mi palcem, żebym był ciszej i zamyślił się na chwilę. 
- One dbają tylko o swój komfort i włosy. Mi do muzyki jest to niepotrzebne. I nie mów tak głośno, o moich upodobaniach, wiesz, że jak ktoś się dowie, to koniec.
- Nie uważasz, że są piękne? - naciskałem.
- Są, w istocie. Dlatego dla nich gram, Antoni. Tyle mogę dla nich zrobić. Za to Ty? Ty grasz słowami, przyjacielu, możesz zrobić dla nich dużo więcej, niż ja. A one Tobie z wzajemnością. – poklepał mnie po plecach i odszedł w stronę fortepianu, zostawiając mnie samego z kieliszkiem drogiej whisky. Poniekąd mu tego zazdrościłem. Chciałbym, by kobiety były mi obojętne. Jakże piękniejszy byłby wtedy świat.


Kiedy wyłączono muzykę, wszyscy obecni zebrali się w pobliżu czarnego fortepianu. Aleksy usiadł przy klawiszach, podciągnął rękawy i po chwili zaczął grać. Melodia była tak piękna, wolna i subtelna, że po chwili łzy naszły mi do oczu ze wzruszenia i patrzyłem na Aleksego, jak na pana moich emocji i mej duszy. Nic dziwnego, że panie zakochiwąły się w nim bezgranicznie. Biedne, doprawdy biedne. Byłem chyba jedynym facetem, który mógł zrozumieć ich ból. Odwróciłem się na pięcie i po cichu wyszedłem z pokoju, przepełnionego piękną, acz smutną muzyką płynącą prosto z duszy Aleksego. 
Wyszedłem na balkon trzeciego piętra. Nastała noc, a nade mną tliło się już wiele gwiazd. Odpaliłem papierosa i przyglądałem się mrokowi, a w bardzo dalekiej oddali dostrzegłem światła jakiegoś większego miasta. Zawsze lubiłem obrazy nocnego miasta. Specyficzna aura, która wtedy nastaje wwierca się we mnie, a ja często tonę w jej głębi. Oddziałuje ona na mnie w sposób wyjątkowy. Dlaczego? Nie wiem, bo przecież ja boję się mroku. A jednak coś stale mnie do niego ciągnie. Tak jak pełne usta barmanki, czy długie nogi otulone w czarną spódnicę. Ale to może właśnie dlatego – strachu – tak bardzo mnie to zajmuje. A usta, czarne spódniczki i mroczne miasto, to rzeczy równie niebezpieczne. 
Często staję na balkonie i obserwuję nocny świat. Najpierw patrzę na gwiazdy(najpiękniejsze są w letnie noce), a następnie na miasto, które wydaje się nieustannie migotać, wraz z przejeżdżającymi samochodami, neonowymi reklamami i światłami latarni – które przecież stałe – tak często się rozmywają. Stojąc kompletnie sam, z myślami wyżerającymi resztki spokoju, często wymyślam różne sceny, odgrywające się w punkcie mojego wzroku. Układam dialogi między ludźmi, których nie znam, i zapewne nigdy nie poznam. Czasem dokładam do tego historie; najczęściej miłosne. Ciekawym jest to, że nie potrafię sobie wyobrazić szczegółów, a jedynie przelotne obrazy, z których nie wyciągam konkretów, a jedynie mżonki. Mimo tego; kiedy moje myśli fruwają w kierunku nocnego miasta, a mój wzrok znajduje się w stagnacji, to dopada mnie smutek. Zawsze. Jest to ten właściwy rodzaj smutku, który jest znany nam wszystkim. Nie dopadają mnie demony przeszłości. Wtedy odzywa się przyszłość. Ta czarna powłoka, na którą tak często patrzę, ukrywa przede mną wszystkie te rzeczy, które zrobię źle i dobrze, ukrywa każdy możliwy detal nie dając żadnych wskazówek. Po prostu patrzy na mnie niegrzecznie i policzkuje swoim milczeniem. A ja, głupiec – wciąż patrzę i patrzę rozczarowany ciszą... 
Częściej natomiast znajduję się w centrum owego zgiełku. Czując miasto nocą, czyli seks zmieszany z alkoholem i odrobiną wstydu, odczuwam spokój i dziwną nostalgię. Widząc przewijające się przed oczami sceny awantur, kłótni i pożądania, czuję impuls działania przeszywający mnie na wskroś. Zawsze jest jednak on nieodgadniony, a ja miotam się przez następne dni starając się go zrozumieć. Och, czy jest tu ktoś, kto zrozumie myśli faceta? 
Nocne miasto dostarcza mi emocji. Kocham emocje. Nie mam czasu na rzeczy pozbawione emocji. Uwielbiam pisać o emocjach, uwielbiam starać się je rozumieć, a często czytać je z innych. Potrafię patrzeć komuś w oczy i niemal czuć tę jednostkę. Znać jej potrzeby, intencje, pragnienia. Tak już mam, łatwiej mi zrozumieć innych, niż siebie. 
Kocham obrazy nocnego miasta, bo to obrazy, które nigdy mnie nie nudzą. Każdego razu są inne i mimo że z wierzchu takie same; zawsze niosą ze sobą coś nowego. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego noc tak na mnie działa; to jakby wszczepić mi inną duszę w ciało. 
Często ludzie dziwią mi się, kiedy wpatruję się gwiazdy przez długi czas. Zazdroszczę gwiazdom. Zwykle kiedy dopada mnie nostalgia połączona ze smutkiem i tanim sentymentalizmem, to jestem sam. Czasem przeczesuję moje włosy prawą ręką i wyobrażam sobie, że robi to ktoś inny. A gwiazdy? Od milionów lat nieustannie obok siebie, obserwujące nocne miasto emocji, naćpanych pań, tandetnych dram i małego mnie, z papierosem w ręku i umysłem pełnym imitacji zdarzeń i dialogów, które nigdy nie zostaną przeprowadzone.
Usłyszawszy nagle otwierające się drzwi na balkon, odwróciłem głowę i oderwawszy się od myśli, ujrzałem najpiękniejszą dziewczynę w swoim życiu. Miała na sobie hipnotyzującą, długą suknię, czerwoną szminkę i ciemne, lśniące włosy. Jej biżuteria świeciła się jasno, dodając jej jeszcze więcej blasku, a ja, powoli tonąc w jej zielonych oczach, zauważyłem łzy na jej drobnych policzkach.
- Antoni - zaczęła subtelnym głosem.
- Ciemnowłosa.
- Nie pasuję tutaj. 
- Widzę.
- Masz papierosa?
- Proszę. 
Ogień zapalniczki oświetlił jej twarz jeszcze dokładniej, a ja zakochałem się w niej jeszcze bardziej.
- Ci wszyscy ludzie, Antoni...Nie lubię ich.
- Oni nas też nie. 
- Dlaczego cię nie lubią?
- Bo ich oceniam. Śmieję się z nich. Niszczę ich światy. 
- A dlaczego nie lubią mnie?
- Bo do nich nie pasujesz. Jesteś inna. Twoje oczy patrzą inaczej, twoje serce czuje mocniej. Twój umysł jest piękniejszy od innych. Czuję to. 
Oparliśmy się o balkon i oboje przez chwilę w milczeniu wpatrywaliśmy się w pustkę. 
- Zamierzam stąd skoczyć – powiedziała nagle nieznajoma, dość stanowczym głosem.
Odpaliłem papierosa i zaciągnąłem się mocno.
- Dobrze. Nazwę cię „dwudziestym wiekiem”, okej? - spytałem wypuszczając dym.
- Dlaczego? - spytała zmieszana. 
- Bo wraz z tobą umrze cały styl i klasa.
- Dlaczego przyszło żyć nam w takim świecie, Antoś? - zapytała, głosem bez nadziei i popatrzyła mi w oczy.
Zdjąłem delikatnie kciukiem łzę z jej policzka i powiedziałem;
- Chciałbym wziąć cię na ręce, uspokoić i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Powiedziałbym ci, że wyjedziemy na wieś, z dala od świateł i wrzasku, ale to niemożliwe. Wszystko będzie tylko gorzej. Jedyne co mogę ci powiedzieć, to to, że jesteś niesamowicie piękna i mógłbym patrzeć na ciebie godzinami. Patrzyłbym na ciebie codziennie rano, gdy wstajesz zmęczona z łóżka, gdy parzysz kawę, gdy złościsz się, bo zrobiłaś krzywą kreskę. Patrzyłbym na ciebie, gdy zdejmowałabyś swoją suknię, gdy kładłabyś swoje małe dłonie na mojej klatce, gdy ciągnęłabyś mnie za włosy w upojnym pocałunku. Patrzyłbym na twoje usta, gdy kosztowałyby białego wina w Paryżu, patrzyłbym na twoje dłonie, gdy opiekowałabyś się naszym synem nad morzem, patrzyłbym na ciebie, kiedy nie miałabyś już sił i zabijała się kolejnym papierosem. I za każdym razem wyglądałabyś tak samo pięknie. Nawet za chwilę, gdy znajdziesz się tam na dole – wskazałem palcem twardą kostkę brukową – będziesz wyglądać najpiękniej ze wszystkich.
Ukryła twarz w dłoniach i rozpłakała się.
- Zrobiłam coś bardzo złego, Antoni. 
- Co takiego?
- Poznałam sekret twojego przyjaciela. I wyjawiłam go wszystkim.
- Dlaczego to zrobiłaś?
- Mam dość fałszu.
- To koniec jego kariery.
- To koniec jego życia, Antoni. Teraz jest tylko jednym z wielu niemile widzianych gości. Żyjemy w Polsce, zapomniałeś, pisarzyku? On już czeka na mnie tam, na dole – wskazała ręką. 
- Pierdol się – wypaliłem przez zaciśnięte zęby. 
- Pocałuj mnie.
- Kim ty, kurwa, jesteś? - patrzyłem na nią zdumiony i miałem łzy w oczach – kim ty, kurwa, jesteś?
- Pocałuj mnie.
Pocałowałem. 
- Nieudanym eksperymentem dwudziestego pierwszego wieku – powiedziała spokojnie, odrywając się od moich ust i patrząc gdzieś w dal.
Popatrzyłem na nią z niedowierzaniem, pokręciłem głową z oszołomieniem i odwróciłem się. Po chwili usłyszałem tylko zduszony huk, jakby dźwięk ciała uderzającego o kostkę brukową, z wysokości mniej więcej trzeciego piętra.

Wróciłem do środka, nalałem sobie zbyt dużo whisky i wypiłem wszystko naraz. Muzyka grała głośno, nikt nie słyszał złamanego przed sekundą serca, każdy był zajęty sobą. Było tu bardzo ciemno, jedynie neony stanowiły ułamek światła. Trzęsłem się cały, więc poszedłem do toalety. Tam natknąłem się na grupkę znajomych, którzy zanurzali swój nos w śniegu. Wybiegłem stamtąd jak najszybciej potrafiłem i trafiłem na pijane panie, które chciały zabrać mnie gdzieś na górę, ale wymknąłem się im zwinnie i poszedłem poszukać mojej marynarki. Co chwilę mijałem ludzi zawieszonych gdzieś między dwoma wymiarami, potykałem się o puste butelki, słyszałem czyjś płacz, śmiech i odłgosy niewątpliwej przyjemności, wydobywające się z poszczególnych pomieszczeń.
Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak wiele dusz ginie podczas jednej imprezy. Wyszedłem z tego domu wariatów i ruszyłem w las. Nie wiedziałem, czy idę w dobrą stronę, nie wiedziałem, gdzie dojdę. Wyciągnałem papierosa i odpaliłem go. Przystanąłem na chwilę, by złapać oddech. I stojąc tak, pośrodku ciemnego lasu, z papierosem w ręku i wspomnieniami z Estery, nigdy nie czułem się bardziej bezpieczny i bardziej samotny, niż wtedy.  

sobota, 15 kwietnia 2017



Prawdziwą wadą tego świata jest fakt, że zbyt wielu ludzi uwierzyło, że mają do powiedzenia coś naprawdę istotnego. 

Żyjemy w świecie, w którym niezwykłe serce da się zastąpić zwykłą pompą.
 

Odkąd wróciłem nieustannie pada zimny deszcz, a ja zapomniałem czarnej parasolki. Znów tu jestem. W mieście upiorów i tanich papierosów. Ubrany cały na czarno; jedynie z czerwoną szminką odbitą na mej szyi. Nigdy wcześniej nie byliśmy bliżej, niż wtedy, a jej usta nie smakowały bardziej znajomo. Przepraszam, nie mogłem zostać na dłużej. Taki już jestem – uciekam, gdy mój zapach zaczyna działać, a serce staje się cieplejsze. 

Wieje zimny wiatr, który poradził sobie z moimi idealnie ułożonymi włosami i rozczochrał je niestarannie w każdą stronę świata. Nieważne, podobno jest to seksowne. Na czarnym niebie szare chmury tańczą z ciemnym smogiem, przysłaniając ledwie tlącą się pełnię księżyca. Smog ostatnio przysłania wszystko – nawet ludzkie umysły – zatem, czy powinienem się czymkolwiek przejmować? 
Nie mogę patrzeć na te nocne ulice i strugi deszczu mocno uderzające w szczelnie zamknięte okna kamienic. Za każdym razem, kiedy widzę podobny obrazek budzi się we mnie introwertyk. Dziś jest chłodno, mrocznie, upiornie. Czuję złe demony latające wkoło. Nawet ucichł gdzieś wieczny zgiełk i hałas naszych czasów. Tak spokojnie tu w moim samochodzie. Nie chcę dziś spać sam. Boję się nocy. Potrzebuję kogoś.
Nie wiem, czy to przez deszcz, czy mój umysł jest już tak nieświeży przez alkohol, ale wszystko mi się rozmywa w oczach. Męczą mnie sygnalizacje świetlne – czuję się, jakbym cały czas miał kwas na języku. 
Ona jest jedynym powodem, dla którego tam jadę. Brzydzę się miastem. Brzydzę się ludźmi. Ale istnieje możliwość, że właśnie tam ją spotkam, a wtedy; w moich drogich ciuchach i zwiewnych włosach, muszę wyglądać jak jakiś Lachowski, bądź inny Dean. Dokończyłem butelkę Daniels'a i nie zwracając już większej uwagi na światła, przyśpieszyłem. 


Znów udałem się na imprezę. Chciałem darmowego alkoholu i długich nóg, a dostałem jedynie nieciekawe spojrzenia, słabą muzykę i narkotyki w lepszej cenie. Usiadłem przy barze i wpatrywałem się w brunatną ciecz wypełnioną kostkami lodu. Neonowe światła zwinnie skakały między kątami lokalu, raz po raz oświetlając pary na ciasnym dancefloorze. Po czasie rozmyślań poznałem jakąś pannę, z którą spędziłem następne pół wieczoru. Zaczepiła mnie swoim urokiem i bezwstydnym tańcem, a ja, głupiec pijany whisky - uległem jej wdziękom i długim nogom. Podobała mi się prostota jej sukienki, kontrastująca z bujnością jej włosów. 
Nie było mi zbyt dobrze. Moja partnerka nie interesowała się polityką, literaturą, światem, czy życiem. Była dziwnie oschła i częściej spoglądała w swój świecący prostokąt, niż na ogień w moich oczach, który z czasem wygasł. Czasem tylko wspomniała coś o moich kościach policzkowych i dłoniach, ale szczerze mówiąc przestało mnie to obchodzić. Słyszałem to zbyt wiele razy, by zdobyć się choćby na drobne „dziękuję”.
I tak po paru drinkach znaleźliśmy się naprzeciw siebie. Całkowicie pijani i znudzeni. Szmaragd jej oczu wpatrywał się we mnie, ale odniosłem wrażenie, jakby szukał czegoś innego. Bez wątpienia oboje liczyliśmy na coś innego. Byliśmy dwiema zagubionymi istotami, które błądząc, na ślepo, desperacko szukając nowych miłości i ciepła drugiego człowieka, trafiły na siebie. Atawistyczny człowieczy instynkt szukania drugiej jednostki nieprzerwanie kieruje nami w naszych mrocznych czasach. Choćby nie wiem co, człowiek potrzebuje drugiego człowieka. Problem w tym, czy dalej możemy nazywać się ludźmi? 

Noc trwała dalej, a ja wciąż pozostałem biernym obserwatorem tych barwnych ucieczek od rzeczywistości. Snułem rozmyślania przy pełnym barze wpatrując się w dzicz, która odbywała się dookoła mnie. Moja niedawna partnerka odeszła ode mnie, ale szybko znalazło się pięciu nowych adoratorów, gotowych zafundować koleżance noc pełną wrażeń; lepiących się rąk i szybkich języków. 
Niesamowite, jak tandetnym tekstem o ładnych oczach i przyciśnięciem do ściany w namiętnym pocałunku można przekupić dziewczyny i sprawić, by przewrócić ich świat o sto osiemdziesiąt stopni.
Obraz nocy stał się koszmarem. Naćpane dzieciaki zaczęły tańczyć w rytm subtelnych gam głosu Cypisa, pijane dziewczęta tak bardzo straciły siebie, że zaczęły szukać pocieszenia w ustach koleżanek, fałszywe suki zaczęły zatruwać życie innym, opowiadając bzdury na temat rówieśników.
Zdałem sobie sprawę, jak ludzie mało różnią się od zwierząt. Jedyne co nas odróżnia, to fakt, że posiadamy niejaki wstyd. Jedynie wstyd chroni nas od dzikich zachowań i powstrzymywania naszych naturalnych, plebejskich instynktów. Ludzie jednak są w stanie wymyślić wszystko na swoje usprawiedliwienie, dlatego wymyślili alkohol i muzykę. Zadziwia mnie to, jak niewiele trzeba ludziom dać, by zatracili swój wstyd. Wystarczy trochę alkoholu i muzyki, a ludzie zrzucają z siebie wszystkie za dnia przyklejane maski, a panie często nawet sukienki. 
To sprowadza nas do kolejnej rzeczy – kontroli. Jak prosto można kontrolować tłum. Wystarczy dać im ułamek tego, czego pragną, a staną się twoimi przyjaciółmi. Czasem jest to biały proszek, czasem ładna aparycja, a niekiedy pięćset złotych miesięcznie.


Szybko odbiegłem jednak od tych myśli i skupiłem się na rozmyślaniach o fałszywych dziewczynach, których przecież tu(w mieście, w szkole, gdziekolwiek) jest tak wiele.
Zawsze zastanawiałem się, jak można mieć w sobie tak mało wstydu, by uśmiechać się do kogoś i prawić miłe komplementy, po czym za parę sekund szczuć na tę osobę wszystkich innych wkoło. Jak można wchodzić z butami w czyjeś życie i bezczelnie starać się je zniszczyć, a to wszystko z miłym uśmiechem i zaproszeniem na piwo w twoją stronę. Poważnie, tępe szmaty, jak wy patrzycie w lustro? Czy to jest wasze hobby – zatruwanie życia innym? Nie macie innych zajęć, jak na przykład...hmm...ogarnianie własnego życia? Serio, co jest fajnego w wygadywaniu iście nieprawdziwych informacji na temat innych? Kiedy mówi się absurdy o innych ludziach, to musicie wiedzieć, wstrętne wygi, że wychodzicie naprawdę na nieinteresujące i niegodne zaufania idiotki, z którymi nikt nie chce rozmawiać i każdy pierdoli was tak samo mocno, jak resztę opinii marnych owiec, które na chwilę przybrały skórę wilka.
Doprawdy kocham wasze wygórowane ego i przekonanie o własnej świetności i nieomylności. Kocham to prawie tak samo mocno, jak waszą nieświadomość o byciu zawieszonym gdzieś między faktami i rzeczywistością, a waszym fałszerstwem i sztucznym światem wykreowanym przez wasze umysły. A najbardziej bawi mnie fakt, że wasze działania zawsze są pod przykrywką; „chciałam dobrze + słodki uśmiech i trzepotanie brwiami”. Not anymore, bitches.


Kiedyś to znosiłem, ale kiedyś byłem inny. Kiedyś uznawałem, że każdy popełnia błędy i warto wybaczać. Ale kiedyś minęło, a ja się zmieniłem. Błąd można popełnić raz, góra dwa. Natomiast, jeśli błąd jest powtarzany wielokrotnie, w dodatku z tym samym, śliskim, fałszywym uśmiechem(PAD), to nie jest on przypadkowy i niechciany, lecz świadomy i kontrolowany. A ja już nauczyłem się szczerze wbijać chuje w takie marne, fałszywe dupy. Nauczyłem się tępić złych ludzi, o złej duszy i wrogich zamiarach, a nie tylko ich tolerować, bo cholera, nie zasłużyli na moją akceptację. A mnie najbardziej boli, jak ktoś robi komuś krzywdę – naprawdę, nie mogę tego znieść. Nie jestem w stanie zdzierżyć faktu, że ktoś cierpi. Jestem facetem, ale boli mnie serce, gdy widzę kogoś ból.

I tak stałem z tym drinkiem w ręku przypatrując się światu, w którym przyszło nam żyć. Snułem rozmyślania, że w dzisiejszych czasach wygodniej jest być zakłamanym śmieciem, niż porządnym człowiekiem. Niestety, życie jest tak skonstruowane, że tym rzeczywiście dobrym; uczciwym, sprawiedliwym, ciepłym najbardziej dostaje się po dupie, a życie mocno daje im w pysk, wyprowadzając trzy prawe sierpowe, a potem dobijając kolanem. Natomiast takie wstrętne, podstępne, zakłamane i niedobre żmije zawsze będą miały z górki i będzie żyło im się tak!(teraz wykonuję ten dziwny gest palcem, zakreślając kreskę nad czołem). 
Tylko, że życie weryfikuje wszystko. I w życiu nie tylko chodzi o to, by być szczęśliwym egoistą i cynicznym chujem, ale kimś, kto rozsiewa dobro i pomaga drugiemu człowiekowi. A przynajmniej nie robi krzywdy drugiej jednostce. 

Po chwili stwierdziłem, że zacząłem za bardzo rozczulać się nad sobą. Życie jest jakie jest i trzeba nauczyć się w nim funkcjonować. Trzeba być twardym i tyle. Wziąłem się w garść i poprosiłem o następnego drinka. 

- Poproszę Jacka z lodem.
- Pan już jest pijany.
- A pan ma brzydkie oczy.

Rozejrzałem się po lokalu. Piekło nocy wciąż trwało. Raz za czas miłe panie siadały mi na kolanach szukając moich ust i zanurzając ręce w moich włosach, a panowie klepali po plecach z zamiarem wypicia kolejnej kolejki. Wyrwałem się już całkowicie od rozmyślań. W końcu też jestem człowiekiem. Męczący stukot wydobywający się z głośników sprawił, że rozbolała mnie głowa. Zepchnąłem z swoich kolan jedną z nachalnych blondynek i opuściłem wnętrze klubu. Była już późna pora, deszcz przestał padać, lecz smog nie opuścił Krakowa ani na chwilę, mimo mocnego wiatru, który wiał nieustannie.

Odwróciłem wzrok w drugą stronę i ujrzałem ciekawą scenę. Pan policjant rozmawiał z dwoma, mocno podchmielonymi panami. Podszedłem bliżej, by podsłuchać ich rozmowę.

- Dlaczego pan go uderzył? - spytał jednego z nich policjant.
- Bo jest idiotą. 
- Tylko dlatego?
- Aż dlatego. Dlaczego idiotyzm nie może być piętnowany? Dlaczego prawi ludzie muszą się czuć źle wśród idiotów? 
- Takie prawo.
- Gdzie w tym prawie moralność? 
- W dupie – rzekł policjant, wypisując mandat. 
Wziąłem głęboki oddech, odwróciłem się na pięcie z zamiarem wrócenia do środka, ale wtem ujrzałem uroczą istotę siedzącą samotnie na brudnym chodniku. Paliła papierosa i płacząc - trzęsła się z zimna. Podszedłem nieśpiesznie, nie spuszczając jej z oczu. Ściągnąłem moje palto i założyłem na jej drobne ramiona. Twarz miała bardzo ładną, symetryczną. Załzawione, rozmazane oczy miała koloru brązowego. Widok ten powinien spotkać się ze współczuciem z mojej strony, ale nie drgnęło we mnie nic. Zbyt często widywałem takie obrazki. Biedna, myśli, że czuje wyjątkowy ból.
- Co ci zrobił? - spytałem, odpalając papierosa i usiadłem obok.
- Kto? 
- Ten, o którym myślisz. 
- Nie chcę o tym gadać – powiedziała smutnym tonem, zawieszając wzrok gdzieś w próżni.
- Bzdury. Pragniesz jedynie uwagi. Gdybyś cierpiała naprawdę, dawno by cię tu nie było. 
- Przyszłam odreagować - powiedziała po chwili.
- Czarna dziura – stwierdziłem.
Rzucić się?
- Co? - odwróciła się do mnie i pierwszy raz popatrzyła w oczy.
Zbyt ładne usta, by odejść.
- Nic, chodź – podałem jej rękę i ruszyliśmy chłonąć miasto.







/
Ostatnio zająłem drugie miejsce w konkursie literackim. Jeśli ktoś chciałby przeczytać mój utwór, to zapraszam na priv, wyślę go w formacie PDF. Tutaj zamieszczam jeszcze krótki opis głównego bohatera i fabuły dramatu.

"Główny bohater jest niespełnionym poetą dwudziestego pierwszego wieku. Złośliwi dopowiedzieliby, że ma skłonności narkotyczne oraz nadzwyczajną słabość do kobiet. Jest młody i niezwykle przystojny. Sam określiłby siebie jako kościotrupa o pięknie Apollina, duszy Wertera i mocy Anubisa. W przeszłości podobno dużo podróżował, nie jest jednak ona do końca znana. Nie godzi się z współczesnym światem i normami tu panującymi – bywa staroświecki. Krząta się po brudnych, krakowskich ulicach, uczęszcza w różne miejsca; od obskurnych pubów po wystawne bankiety, w nadziei na odnalezienie sensu życia. Szuka utraconej miłości, próbuje wyrwać świat z macek Meduzy, która z dnia na dzień zamienia ludzi w kamień(oczywiście metaforycznie, Meduza nie jest antagonistą w tym utworze). Jest samotnikiem, introwertykiem i narcyzem – nie ma wielu przyjaciół. Zawsze towarzyszy mu papieros i smak wina na języku."



#CHWILADLAMNIE
Nie wiem, czy wszyscy czytający wiedzą, ale posiadam Instagrama, na którego serdecznie zapraszam. Założyłem niedawno również snapa, więc jeśli z jakiegoś powodu obchodzi Cię co robię i gdzie jestem, to mnie dodaj, moja nazwa: ejsvp. Chciałbym też zachęcić wszystkich do komentowania mojego bloga, udostępniania i lajkowania oraz rozsyłania znajomym.

sobota, 5 listopada 2016



Siedziałem na niewygodnym krześle w znanym krakowskim lokalu. Na zewnątrz wiał delikatny wiatr, a deszcz rytmicznie uderzał o ściany budynku w którym się znajdowałem. Smog przysłaniał dawno już wygasłe gwiazdy na czarnym niebie. Był piątek.
Umysły myślały wolniej, a serca biły szybciej.
W środku było bardzo tłoczno. Świeżo pieczone zakąski raz po raz gościły na stołach ludzi bezczelnie gapiących się w zbyt duże dekolty ładnych kelnerek w obcisłych kieckach. Bez umiaru lał się alkohol, lali się panowie, krew i łzy. Multum rozmaitych osobowości krzyżowało się ze sobą spojrzeniami, raz po raz obgadując siebie nawzajem, a czasem marszcząc brwi i puszczając zalotne oczka.
On marzył, by poznać smak jej jagodowej szminki.
Ona marzyła, żeby jak najszybciej stąd wyjść, by uwolnić się od spojrzenia tego nieudacznika w zbyt dużych okularach.
Para siedząca w kącie marzyła, by zgasły już światła, aby mogli wreszcie skosztować nie tylko pięknie zdobionych dań, bądź kolorowych drinków.

Czuć było zapach wina, perfum i rosnącego podniecenia.

Po paru minutach światła zgasły.
Zapanował tajemniczy półmrok, a smugi dymów unoszących się w powietrzu od zbyt często odpalanych papierosów powodowały obraz mgły, która dodawała mistyczności miejscu mojego pobytu.
Ja siedziałem w kącie z moją grupą i uważnie przypatrywałem się ludziom wokół mnie. Stwierdziłem, że jest to najbardziej klasyczny piątek i w sumie nikt szczególny się nie wyróżnia.

I wtedy weszła ona.
A wraz z jej wejściem przyszedł mocny i ostry zapach zapewne bardzo drogich perfum. Poczułem, że nie działały one jak perfumy większości kobiet, które sprawiały, że facetom nagle chciało się przytulać. Jej zapach powodował, że bardziej chciało się przed nią uklęknąć i oddać się w jej władzę, przy okazji czując pewną barierę, którą niewątpliwie się otaczała. Zrozumiałem, że muszą one niejako oddawać jej charakter.
Nic dziwnego, że od razu zainteresowałem się nową klientką.
Każdy obecny zawiesił na niej wzrok dłużej, niż przez chwilę. Ona sama zdawała się nie zauważać wszystkich i jak gdyby nigdy nic, wyjęła dość grubą książkę Bukowskiego i zaczęła czytać. Pamiętam jak odpaliła papierosa w ten jedyny, unikalny dla niej sposób, włożyła go pomiędzy swoje ponętne wargi, mocno się zaciągnęła, a następnie wolno wypuściła dym, jakby wyrzucając z siebie pozostałe resztki emocji z całego dnia.
Nie potrzebowała szminki, bym pragnął jej ust.
Nagle w głośnikach pubu rozbrzmiały subtelne dźwięki „Cigarettes After Sex”, co jeszcze bardziej dopełniło aurę, którą otaczała się nasza bohaterka.
Ubrana była w zwykłe, obcisłe czarne spodnie i czarną koszulkę, ale i tak robiła największe wrażenie z dziesiątek dziewczyn ubranych w drogie sukienki siedzących nieopodal jej szczupłej sylwetki. Wtedy dostrzegłem jeszcze jej czarne paznokcie i kościste palce, którymi raz za czas delikatnie przewracała strony książki.
Ja gapiłem się na nią niegrzecznie, ale z pasją. Byłem w pełni skupiony na jej twarzy anioła i ruchach pełnych gracji.
Jej usta zanurzyły się w subtelnym puchu Latte Machiato i wtedy pierwszy raz podniosła wzrok. Omiotła nim bezwiednie wszystkich, po czym wróciła do lektury.
Uraczyła mnie spojrzeniem tylko raz.
Raz.
Przelotnie. Bez emocji.
Bez wstrząsu adrenaliny i rumieńca na twarzy.
Tak pięknie. Tak kojąco.
Nigdy wcześniej żadna dziewczyna nie spojrzała na mnie tylko raz, w dodatku bez żadnego uśmiechu, nerwowego ruchu, czy pokazania środkowego palca.
Już wolałbym tego fakera od tej bolesnej obojętności.
Doskonale wiedziała, że się jej przypatruję, bezwzględnie jednak to ignorowała. Czułem, że mam przed sobą godnego przeciwnika.
Tak, tak ją wtedy nazwałem. „Przeciwnikiem”.
Demonem w skórze anioła, który będzie mnie prześladował przez setki następnych nocy, który będzie uporczywie nawiedzał mnie swoją sylwetką w trakcie snu, nękał postami na Instagramie, a mój mózg będzie tworzył niekończące się historie z jej udziałem.
Pani Idealna nie była kolejną piękną laską napotkaną na mojej drodze. Wśród wielu ludzkich istnień i fałszywych uśmiechów stworzyła coś nowego. Coś, do czego natychmiast musiałem dotrzeć i do czego na pewno chciałbym wracać przez resztę swojego życia.
Pamiętam, że tamtego dnia oddałbym wszystko, by tylko poczuć jej dotyk na swojej twarzy, klatce, plecach. By tylko być tą cholerną książką w jej rękach. By mogła robić ze mną cokolwiek tylko by chciała.

W głębi serca wiedziałem, że jest to niemożliwe.
Jest zbyt niebezpieczna – pomyślałem w duchu.
Była prawdziwą bestią, dla której liczyło się spełnianie marzeń i zachcianek. Kobietą, która sprzedała duszę diabłu. Potrafiłaby sprawić, że nawet szara rzeczywistość nabrałaby kolorów, a proza życia stałaby się nie tylko bezdusznym gnaniem za pieniędzmi, ale także czymś przyjemnym - to pewne. Oczami wyobraźni widziałem wieczory pełne wina, tańca i patrzenia na gwiazdy. Noce pełne namiętności, a dnie pełne wspólnego szacunku i szczerego szczęścia.
Wiedziałem jednak, że to nieprawda.
To co naprawdę interesowałoby moją panią, byłaby władza, pieniądze, kariera i zemsta. Jej oczy z pozoru były tylko puste, aczkolwiek patrząc głębiej, dało się dostrzec, że płonęły. Jakby trzymała w sobie jakieś przykre doświadczenie z przeszłości którym nie chce się z nikim dzielić.
Doświadczenie, które noc w noc rozwala ją od środka.
Które ukształtowało w niej osobę, jaką jest teraz.
Ma w sobie pewne wgniecenie emocjonalne, które wypełnia nieustanną manipulacją, atawistyczną żądzą władzy i czerwonym winem.

Zastanawiałem się, czy da się jej pomóc. Czy byłoby możliwe, by komuś znów zaufała? Nie, nie komuś.
Mi.
Raczej nie.
Raczej to pierdole.
Nie mogę poznać jej imienia.
Muszę ją zostawić, zanim mnie uwiedzie.
Oplącze.
Opęta.
Zabije.

Oderwałem się od rozmyślań. Spojrzałem na nią jeszcze raz. Teraz widziałem w niej tylko żywego trupa, pełnego zielonego jadu i zimnego serca.
Nie byłem facetem, który ją uratuje.
Nie byłem gościem, który popatrzy jej prosto w oczy i powie; "Chodź, mała, przytul się. Wszystko będzie dobrze, tylko chwyć mnie za rękę. Przejdziemy przez to gówno razem, a ja zrzucę Ci świat pod nogi". Ja mogłem jedynie założyć jej zagubiony kosmyk włosów za ucho i powiedzieć: "Jesteś dużą dziewczynką, radź sobie", a potem klepnąć w tyłek.
Byłem tylko biernym obserwatorem, bezczelnie wchodzącym w jej umysł, emocje i ukryte pragnienia, raz za czas przeżuwając pizzę i pijąc białe wino.

Moje przerośnięte ego nie pozwoliło jednak jej tak zostawić. Musiałem narysować, choć delikatną, nieznaczącą linię w jej życiu.
Kiedy już opuszczałem lokal, podszedłem do jej stolika. Zobaczyła mnie i seksownie uniosła jedną brew, zaczynając swoją grę.
- Bukowski był śmieciem, nie zasługuje, byś go czytała - powiedziałem.
Uśmiechnęła się wtedy lekko, otworzyła usta, by odpowiedzieć, ale ja natychmiast odszedłem, zostawiając ją samą z myślami o mnie.
Nie mogłem pozwolić na wdanie się w rozmowę.

Rozmowy są najbardziej pociągające.

Faceci, nie dajcie się uwikłać wśród kuszących spojrzeń, urzekających przygryzień warg i macek bujnych włosów, które z czasem zaczną was dusić.




#CHWILADLAMNIE
Nie wiem, czy wszyscy czytający wiedzą, ale posiadam Instagrama, na którego serdecznie zapraszam. Założyłem niedawno również snapa, więc jeśli z jakiegoś powodu obchodzi Cię co robię i gdzie jestem, to mnie dodaj, moja nazwa: "ejsvp". Chciałbym też zachęcić wszystkich do komentowania mojego bloga, udostępniania i lajkowania oraz rozsyłania znajomym. Jak chcecie, możecie do mnie pisać na FB, zawsze odpisuję. To tyle, zachęcam do komentowania. Dzięki.



https://www.youtube.com/watch?v=t19NqoAGDxg

niedziela, 9 października 2016


Niebo już dawno straciło swój letni urok i przykryło się grubą warstwą szaro-czarnego płaszcza, zasłaniając dalekie już od Ziemi Słońce. Ludzie chodzą ubrani w zimowe kurtki i kaptury, zasłaniając swe oblicza przed nieprzyjemnym wiatrem. Widać jedynie ich Iphon’y ze słuchawkami oraz wystające z kieszeni chusteczki do nosa.
Nadszedł październik i wraz ze zmianą pogody, zmieniają się emocje i podejście do życia. Widać to po każdej kolejnej twarzy, którą przypadkowo się mija.
Każdy nowy poranek, to nowi my. Nowe zadania, nowe motywacje, nowe trudności, nowe chuje w dupie i nowe wdzięczności. Niełatwo zatem jest nam się odnaleźć i znaleźć odpowiedni spokój.
Nawet ostatnie gorące wydarzenia polityczne na krajowym podwórku nie były w stanie ocieplić jesiennej aury, a tym bardziej stosunków międzyludzkich.

Żyjemy w czasach, gdzie nasze młode pokolenie zostało wystawione na niebagatelną próbę. My, urodzeni w dobrobycie, wychowani na nowej technologii stanowimy podporę obecnego świata. Jesteśmy nadzieją starszych i nadzieją tych najmłodszych. Naszym zadaniem jest nie tylko podtrzymanie obecnego ładu, ale jego ulepszenie. Od dziecka jesteśmy na to przygotowywani. Zalewają nas toną informacji, gdziekolwiek nie jesteśmy. Smartfony powoli przejmują naszą duszę, media ogłupiają nasz umysł, a gry zabierają nasz czas.
Ciągle jesteśmy pod presją nieustannego rozwijania się, posiadania nowych umiejętności, nowej wiedzy niezbędnej do ratowania świata. Jesteśmy cały czas zabiegani, trudno nam wypić kawę bez przeglądania gazety, czy nowych postów na Instagramie. Gdzieś między tym wszystkim zostawiliśmy cząstkę siebie.

Jesteśmy jak jacyś naćpani astronauci zawieszeni między chorą ambicją a szczęściem, a drugi człowiek jest dla nas czymś zupełnie obcym. Jakąś inną, dziwną jednostką, której konfiguracji nie chcemy odczytać, gdyż martwimy się tylko o siebie.
Mamy stanowić lepsze jutro, tymczasem ja siedzę w kącie ciepłego pokoju, w potarganych spodniach i brudnej koszulce i nie wiem już, czy jestem tym samym człowiekiem jakim byłem, czy może zdążyli mnie już zaprogramować do bycia takim, jakim chcą bym był.

Ona już dawno śpi u siebie, zostawiła tylko swój zapach i wyrzuty sumienia u mnie, bo cholera znów jej nie odprowadziłem. Zastanawiam się, czy dalej mnie kocha, czy dalej chce do mnie, czy może już bardziej ode mnie? Czy te kwiaty pachną ładnie w jej uznaniu, czy to może już zbyt przereklamowany gest?

W dobie dynamicznej ekspansji cyfryzacji i Internetu coraz trudniej mi zachować ludzkość. Dlaczego tak trudno teraz powiedzieć do siebie zwykłe „Potrzebuje Cię?”. Dlaczego coraz częściej patrzymy sobie w oczy bez iskier, widząc jedynie lustrzane odbicie siebie? Dlaczego tak mało teraz znaczy pocałunek w czoło, czy dłuższe spojrzenie w oczy.
Imprezujemy, by upić swoje upiory i nawiedzające nas mroczne demony, które na każdym kroku kuszą do podejmowania niewątpliwie złych środków.

Rówieśnicy wrzucają siebie co tydzień w wir tańców i śpiewów, nazywając to odpoczynkiem od rzeczywistości, lecz w moim uznaniu jest to jej kumulacja. Bezdenna otchłań, w którą wrzucamy siebie nawzajem, w nadziei, że w końcu rozwiniemy skrzydła, a ona raz za razem wypluwa nas z siebie pozostawiając jedynie niedokończone sprawy, złamane serca i niedopalone szlugi.

Zgubiliśmy gdzieś miłość, która jest fundamentem istnienia. Natłok ważnych spraw nie daje nam możliwości na poznanie siebie bliżej. I mimo oczu tych dziewcząt tak desperacko wpatrzonych we mnie w jednym z Krakowskich klubów, nie mogę im tej miłości dać, gdyż widzę ową otchłań, w którą za chwilę się rzucą z pierwszym kolejnym typem, którego spotkają na swojej drodze.
Te inne dziewczęta dbają tylko o swoje idealne kreski, idealne tyłki i idealne nogi. Rozmawiają o nowych ciuchach i podkładach, trzymając papierosa w ten jeden, jedyny, unikalny sposób. Rzucają się w swój wir, wychodząc bez konsekwencji, bo one już dawno gdzieś straciły serce. Zostają same z sobą i nic ich więcej nie obchodzi, oprócz butelki wina, którą za chwilę otworzą.
Ja uśmiecham się tylko do nich delikatnie i odwracając się na pięcie odchodzę, szukając własnego wiru, w który mógłbym skoczyć.

Już nie wiem, czy jestem dalej facetem, który chce zdobywać świat, mieć nowego SLS’a pod domem, latać po Bahamach i podpisywać cycki półnagim modelkom, czy pieprzonym Sadboyem, chcącym jedynie potrzymać Cię za rękę, dopijając zimną kawę i nie odzywając się do nikogo słowem.

Pokolenie Zet: złote pokolenie stworzone do odnoszenia sukcesów upada. Ich głos gdzieś ucichł między czterema ścianami, bądź decybelami krzyków pierdolonych narodowców i klasycznych Sebixów w szarych dresach z Adidasa, którzy spuszczą Ci wpierdol za zbyt ciasne spodnie. Zostaliśmy niemal całkowicie zmiażdżeni przez ogrom wszelakich informacji napływających do nas z każdej części obecnego świata, przez zbyt łatwy dostęp do wszystkiego, co może nas zniszczyć od środka.
Zgubiliśmy gdzieś własne przekonania, opinie, wartości. Miłość gdzieś ustąpiła miejsca nowym gadżetom, a przyjaźnie tlą się coraz mniejszym ogniem.
Szukam kogoś, kto myśli jak ja, kto rzuci się ze mną w naszą wspólną otchłań. Potrzebuję Cię. Jesteś tu?



#CHWILADLAMNIE
Nie wiem, czy wszyscy czytający wiedzą, ale posiadam Instagrama, na którego serdecznie zapraszam. Założyłem niedawno również snapa, więc jeśli z jakiegoś powodu obchodzi Cię co robię i gdzie jestem, to mnie dodaj, moja nazwa: ejsvp. Chciałbym też zachęcić wszystkich do komentowania mojego bloga, udostępniania i lajkowania oraz rozsyłania znajomym. To tyle, zachęcam do komentowania. Dzięki.

https://www.youtube.com/watch?v=oQxBeDevu6Y

#checkmeout

#checkmeout
Stać się człowiekiem to sztuka, więc stań się nim razem ze mną. Nie musisz dużo o mnie wiedzieć, by zostać tu na dłużej.

#followme

#socialmedia

Copyright; Piotr Solarz. Obsługiwane przez usługę Blogger.