by Antoni Solarz

WSPÓŁCZESNE PROBLEMY MŁODEGO SPOŁECZEŃSTWA

niedziela, 14 stycznia 2018

   

Duże miasta pełne są wąskich, ciemnych uliczek, do których sam diabeł boi się zaglądać. Te uliczki stanowią najbrzydszą część każdego miasta, ale dla wielu ludzi, są one najpotrzebniejsze. Odbywają się bowiem tam różne interesy, o których poważni ludzie woleliby nie wiedzieć. Żaden człowiek o zdrowych zmysłach woli się tam nie pchać. Przechodnie mijając te obskurne wymysły architektów odwracają wzrok, przyśpieszają kroku, zakładają słuchawki na uszy, byleby tylko nie słyszeć żałosnych skowytów więźniów, którzy na zawsze pozostali w czeluściach śmierdzącego miasta.
W naszym mieście mówi się, że ludzie, którzy wchodzą do owych mrocznych uliczek, nigdy później nie wychodzą z nich tacy sami. Legendy mówią, że poznając oblicze ciemnych ulic, oczy zaczynają łzawić, skóra truchleć, a nogi odmawiają posłuszeństwa. Podobno kiedyś, pewien Kazimierz(wykształcony człowiek, z zawodu inżynier), szczęśliwy mąż i ojciec, przypadkiem trafił do jednej z takich uliczek. Parę dni później został nałogowym alkoholikiem, zaczął zdradzać żonę, dzieci się wyrzekł, a rok później zabił się z rozpaczy. Mrok ulic dosięgnie każdego, kto choć przez chwilę się zatrzyma i zajrzy w ich głębię. Istnieje jednak jedna taka uliczka, najjaśniejsza z nich wszystkich, ale tylko z pozoru. Obrosło legendą, że znają ją tylko wtajemniczeni, ale w rzeczywistości słyszał o jej istnieniu każdy, któremu życie kiedyś przeszkadzało. Najpierw usłana jest płatkami róż, lecz im dalej w głąb – pozostają tylko kolce. Zwana jest ulicą Magnoliową.
Dzień był szary, smutny, bezbarwny, jak każdy o tej porze roku. Młody student o imieniu Franciszek niedawno poznał dziewczynę, w której się zakochał. Było to pewnej zimnej, grudniowej nocy, gdzieś w centrum miasta. Tamta noc przepełniona była zapachem cynamonu, goździków i piwa. Zobaczył ją siedzącą samą, trzęsącą się z zimna na jednej z ławek. Przypatrywała mu się z zaciekawieniem, ale spuszczała wzrok za każdym razem, kiedy ich spojrzenia się spotykały. Włosy jej były rozpuszczone, acz zakryte ciepłą czapką. Młodzieniec dostrzegł, że były jasne, a usta jej – choć spierzchnięte z zimna – skrywały w sobie wiele ciepła.
Franek był niewinnym, chłopcem, o gołębim sercu i nietypowej urodzie. Przykładał się do nauki, rodzicom pomagał, opiekował się młodszym rodzeństwem. Sumiennie chodził do kościoła i wypełniał swoje obowiązki. Dużo czasu spędzał na rozwijaniu swojej pasji; chciał zostać pilotem. W chwili jednak, kiedy zobaczył jej twarz, zapomniał o wszystkim. Kupił dwa grzańce, usiadł obok niej i wręczył jej jednego. W ten sposób, wśród radosnych rytmów gitary starszego pana i mrozu, który straszliwie doskwierał owej młodej parze, poznali się i zaczęli rozmawiać.
Miała na imię Emilia, a dusza jej zdawała się być radosna i ciepła, jak morskie fale na wybrzeżach Sycylii. Od tamtego momentu spotykali się często.  Kochali się namiętnie, spali razem objęci, rozmawiali o zawodzie pilota. Często stali w jej oknie i obserwowali miejskie życie(Emilia mieszkała bowiem w jednej ze starych kamienic, z doskonałym widokiem na życie miasta). Przy „ich” oknie, jak nazwała to Emilia, siedzieli godzinami i rozmawiali o życiu. Franek z chęcią przyrządzał jej śniadania, kupował wódkę i papierosy, chociaż tego nie pochwalał. Ona tylko wtedy mówiła, że to ostatni raz i że przestanie. On za każdym razem jej wierzył. Wystarczyło jedno spojrzenie jej oczu, by uwierzyć w najgłupsze kłamstwo świata.
 Opowiadał ukochanej, jak to jest dotykać skrzydłami samolotu nieba, tłumaczył, na jakiej zasadzie samolot unosi się w powietrzu. Obiecywał, że kiedyś zabierze ją w obłoki i tam się jej oświadczy. Ona wtedy z niedowierzaniem klaskała w dłonie i cieszyła się, jak dziecko z dużego lizaka. A Franciszek kochał jej śmiech, sprawiała wtedy wrażenie, jakby żadne zło świata nigdy jej nie dotknęło. Sam wtedy czuł się bezpiecznie, spokojnie, ciepło. I za te chwile ukojenia, które mu przynosiła, Franciszek wiedział, że zrobi dla niej wszystko.
Taki dzień nastąpił właśnie dziś, chwile po tym jak kochali się rano,  Franek znalazł się na ulicy Magnoliowej. Usta miał zaciśnięte, wzrok skupiony, a słuch wytężony. Czuć jeszcze było świeżą rosę i oddech miasta po upojnej nocy. Uliczka wyglądała na normalną. Dwie szare kamienice, które rozdzielała, wydawały się spoglądać na niego, drwiącym głosem szepcząc; „Uciekaj, młody człowieku”, ale jakby bez przekonania – jakby chciały zobaczyć co się wydarzy.
Przy końcu ulicy młodzieniec dostrzegł trzech chłopaków, najwyraźniej czekających na niego. Poprawił płaszcz, podniósł głowę, by wyglądać na bardziej pewnego siebie, choć jego ręce zdradzały strach, który nieudolnie próbował zamaskować. Z każdym krokiem czuł się coraz gorzej i coraz bardziej chciał się wycofać. Szedł powoli, starał się odliczać kroki, żeby w razie zagrożenia wiedzieć, ile musi ich przebiec, by wydostać się na główną ulicę, gdzie jedyny strach stanowią gołębie, bezzębni bezdomni i źle ubrane kobiety.
„Nie martw się kochanie, załatwię co trzeba. Czekaj na mnie przy oknie”, z tym zdaniem zostawił ja w mieszkaniu. Czuł się dumny, bo widział w jej oczach szczęście, które ją rozpierało. „Poradzę sobie” powtarzał w myślach, „tylko ten jeden raz”, „czas w końcu dorosnąć, prawdziwy facet powinien umieć załatwiać takie sprawy, prawda?” - pytał sam siebie. Ale zbyt wiele słyszał o ciemnych uliczkach. Dlatego przed zemdleniem chroniły go tylko wspomnienia jej roześmianych oczu i gorącego ciała, które czekało na niego z niecierpliwością. Tylko na niego. Te myśli dodały mu odwagi. Nagle przez chwilę poczuł się zwycięzcą, co dodało mu pewności siebie. Nawet zdarzyło mu się uśmiechnąć delikatnie pod nosem. Był już niedaleko, zatem zacisnął usta i przyśpieszył kroku.
Trzech młodzieńców przy końcu uliczki spoglądało na niego z zaciekawieniem. Ubrani byli w czarne, motocyklowe, skórzane kurtki, potargane spodnie i ciężkie buty. Dwóch czekało na niego z założonymi rękoma, a jeden, brązowowłosy, opierał się nonszalancko o ścianę i palił papierosa, jakby nie zainteresowany całym zajściem. Franciszek dostrzegł smutek na jego twarzy i głęboką pogardę dla niego, kiedy spotkali się wzrokiem. Dwóch poprzednich zrobiło krok w stronę Franka. Jeden z nich był wysoki, dobrze zbudowany, o kruczoczarnych włosach i bystrym spojrzeniu, aczkolwiek jego twarz miała na sobie wiele małych blizn. Był brzydki, ale owe blizny dodawały mu mistyczności, przez co mógł podobać się dziewczynom. Trzymał w dłoni butelkę piwa, a głos miał zachrypnięty. Drugi z nich, był trochę niższy, chudszy i nosił okulary. Sprawiał wrażenie inteligenta, którego sponiewierało życie. Wszyscy byli bardzo młodzi, co najwyżej dwa-trzy lata starsi od Franciszka.
- Proszę, proszę, co za ładny chłopiec. Kolejny do kolekcji – rzekł ten z bliznami, swoim chrypiącym głosem i wskazał na Franka – czego tu szukasz?
- Chcę kupić.
Czarnowłosy zbliżył się do Franciszka o odległość palca. Przybliżył do niego swoją twarz i intensywnie go powąchał. Wystraszyło to Franciszka i instynktownie odsunął się krok w tył. Czarnowłosy łotr był wyższy od niego o głowę.
- Mateusz, przestań – rzekł ten w okularach – musisz robić to za każdym razem? Sprzedaj mu to i niech spierdala. Mamy inne rzeczy do roboty – dodał, poprawiając okulary i odpalając szluga.
- Uwielbiam zapach magnolii – odpowiedział wysoki i jeszcze raz powąchał Franciszka, który był tak sparaliżowany wielkimi dłońmi młodego zbira, że nie mógł się ruszyć.
- Po co ci towar, młody?
- Potrzebuję.
- Nie wyglądasz na takiego, który potrzebuje takich rzeczy – odpowiedział łotr i uśmiechnął się odsłaniając szereg białych zębów – on jeszcze nie wie, chłopaki! - wykrzyknął – Ty nic jeszcze nie wiesz, prawda? - zwrócił się bezpośrednio do Franka, popychając go lekko palcem.
- Czego nie wiem? - odpowiedział mu pytaniem zdezorientowany i coraz bardziej zdenerwowany.
Łotr z bliznami o imieniu Mateusz tylko roześmiał się głośno, wziął łyk piwa i zaczerpnął głęboki oddech.
- Kurwa, pamiętam jak jeszcze ja nic nie wiedziałem. Piękne czasy, ach piękne czasy błogiej nieświadomości bycia oszukiwanym i zakochanym. Ile by człowiek dał, by znów móc wąchać te Magnolie z dzikim przekonaniem, że ona pragnie, że ona chce.
Mateusz zapatrzył się chwilę na Franciszka, po czym odwrócił się do przystojnego, brązowowłosego chłopaka, który wcześniej opierał się o ścianę paląc papierosa i kazał mu podać towar. Jacek(bo tak miał na imię owy chłopiec) popatrzył na niego znudzony, poprawił swoją kurtkę i podszedł do Franciszka. Wyglądał na zamyślonego, inteligentnego i bardzo ładnego młodzieńca, który był na pewno młodszy od swoich dwóch kolegów. Franek stwierdził, że mógł być w jego wieku. Jacek przeczesał swoje rozmierzwione włosy, ujął twarz nieznajomego w swoje dłonie i spojrzał ze smutkiem w jego oczy, niczym ojciec patrzy na twarz umierającego syna.
- Niech zgadnę  – odezwał się wreszcie – dziewczyna, prawda?
- Tak.
- O zapachu magnoliowym?
- Zawsze.
- O magicznym spojrzeniu, włosach jak sierpniowe zboże i różowiutkich ustach?
- Skąd Ty...
- O dłoniach delikatnych, nogach chudziutkich i oczach niebieskich?
- Tak, ale jak...
- Znam ją. Wszyscy ją tu znamy. Wszystkim nam złamała serce.
- I strugała pytę – dodał ten z blizną, śmiejąc się szpetnie.
- Jak to ją znacie? Wszyscy? Jak to serce złamała? Jak to strugała… Przecież mówiła...
- Och, ona wiele mówiła, przyjacielu – wtrącił okularnik.
- Mówiła, że jesteś jej pierwszym, prawda? - spytał ponownie Jacek.
- Mówiła.
- Mówiła, że jesteś najlepszym człowiekiem, jakiego spotkała? Że dzięki tobie czuje się kobietą? Że nikt nie całuje jak ty, że nigdy nie piła tak dobrej kawy? Że potrzebuje twoich ramion w zimne noce, że potrzebuje twoich ust, kiedy jest jej źle, że potrzebuje twoich słów, by koić jej serce? Mówiła, że kocha twoją pasję, ale zupełnie jej nie rozumie? - ciągnął dalej.
- Mówiła...
- Wszystkim nam mówiła – powiedział brunet z bliznami, rzucając spalonego kiepa w stronę Franciszka - wszystkim nam ta kurwa mówiła to samo.
- Ona jest złą kobietą, młody – powiedział okularnik – złą, niebezpieczną dziewczyną, która potrafi dać ci tyle samo radości, co cierpienia.
- Ach! Mówiła coś jeszcze o oknie? Pamiętacie, chłopaki? - spytał Jacek swoich kolegów.
- A tak, tak, coś było o oknie, cóż to takiego było...- przytaknął Mateusz zamyślony .
- No mówiła, mówiła – odezwał się okularnik – że to okno to tylko nasze, że jak odejdę, to ona skoczy, bo beze mnie, to ona nie ma sensu. Mówiła też, że zawsze będzie mnie wypatrywać z tego okna. Tak mówiła.
- A tak, mówiła dokładnie tak – powiedział wysoki i wziął łyk piwa – I jeszcze mówiła coś o ogrodzie pełnym magnolii, w którym chciałaby się schować przed światem. Taka sztucznie bojaźliwa była, chciała by ją przytulać wtedy. A ja, głupiec, jeszcze robiłem jej herbatę – powiedziawszy to zdanie, splunął ze wstrętem na ziemie.
- A wiecie co?! Mi się wydaje, że wy tylko takie cwaniaki jesteście. Droczycie się ze mną i tyle. Odmówiła wam pewnie tyle razy, że znęcacie się nade mną, a o niej stwarzacie nieprawdziwe historie! Chcielibyście, że to na was czekała teraz, opatulona tylko w ciepły koc. Tymczasem czeka na mnie! A nie na was! Wy jesteście tylko nędzną, ponurą bandą zwykłych skur... - zanim Franciszek zdążył dokończyć zdanie, Jacek z całą swoją siłą przyparł go do muru i uderzył w twarz.
- Obudź się, idioto, ty jeszcze masz szansę. Powiem ci jak będzie i sam zadecydujesz.
- Daj mi tylko ten towar i dajcie mi spokój – rzekł Franciszek, ocierając krew z ust i wyrywając swoją rękę z uścisku brązowowłosego, który próbował go podnieść – proszę...
- Słuchaj – podniósł go na siłę Jacek i otrzepał z pyłu – będzie tak, że damy ci ten towar. Ty pobiegniesz uradowany, że w końcu mogłeś coś dla niej zrobić, nie zdając sobie sprawy, że to ona cię wykorzystywała cały czas. W drodze do jej mieszkania, będziesz myślał o gorącym pocałunku, którym cię przywita, będziesz myślał o tajfunie jej włosów, którymi cię oplącze, gdy będziecie dziś zasypiać. Ale teraz nie zastaniesz Emilii w domu, zostawi ci tylko kartkę z napisem, że wyszła na spacer, pośpiewać z ptakami i żebyś zostawił to – wyjął z kieszeni plastikową torebeczkę – w jej mieszkaniu i nie czekał na nią, bo wróci późno. Następnie nie będzie się do ciebie odzywać, ale ty będziesz wracał cały czas pod jej okno; dzień za dniem, wypatrując jej sylwetki, ale nigdy jej nie zobaczysz. Cały czas będziesz wracał, bo będziesz wierzył, że ona istniała naprawdę, że była dla ciebie naprawdę. Będziesz wysyłał jej listy miłosne, będziesz kupował jej najlepsze suknie, będziesz pędził najlepszy alkohol dla jej krtani. Ale nigdy już jej nie zastaniesz w domu, zdasz sobie sprawę, że żadnego listu nie odczyta, żadnej sukni nie ubierze, a alkohol wyrzuci przez okno. Aż w końcu, po wielu tygodniach, usiądziesz ze łzami w oczach pod jej kamienicą, zapalisz papierosa i zrozumiesz. Wrócisz tu, na ulicę Magnoliową i będziesz starał się leczyć złamane serce, którego nie da się wyleczyć smutną poezją i tanimi fajkami. Tak będzie – skończył Jacek i zapalił szluga, spluwając na ziemię – chyba, że pójdziesz sobie stąd do siedmiu diabłów i nigdy więcej o niej nie pomyślisz.
- Dlaczego tak musi być? - szepnął Franciszek – dlaczego to nie miłość? Mówiła, że to okno zawsze będzie nasze, że jej biodra zawsze będą moje, że świat został wybudowany tylko dla nas...
- Wszystkim nam mówiła – powtórzył okularnik. - Wszyscy kiedyś byliśmy jej pierwszymi, wszyscy kiedyś byliśmy dla niej pędzlem Moneta, a ona naszym płótnem. Tak naprawdę jesteśmy tylko farbą; jedną z wielu, którymi tworzy swój impresjonistyczny świat – rzekł Jacek – Każdy z nas ma swoją ulicę Magnoliową. Nie musi ona jednak stać się naszą częścią. Można od niej uciec. Trzeba jedynie odwrócić serce w dobrym kierunku.
Franciszek był zrozpaczony. Serce waliło mu jak młotem, a świat już do reszty stracił swoje kolory. Nie mógł uwierzyć własnym uszom, ale miał na tyle rozumu, by przyjąć to do świadomości. Nienawidził tych trzech gnojków, którzy mieli czelność tak mówić o jego ukochanej. A z drugiej strony myślał, że mogli mieć rację. Że może rzeczywiście...
- Nie pomyślę już o niej nigdy więcej – rzekł Franek – ale chcę ten towar. Dla siebie. I chcę już stąd iść. Jesteście zwykłymi łajdakami.
- Wybierz mądrze – rzekł Jacek i podał mu torebkę – na nasz koszt. A teraz idź stąd i nie wracaj tu nigdy więcej. I pamiętaj; z jej okna droga prowadzi tylko w dół.

Franciszek włóczył się po mieście jeszcze przez kilka godzin, aż zrobiło się ciemno. Myślał wiele o niefortunnej sytuacji, w której się znalazł, nie mogąc się z nią pogodzić. Wierzył tym draniom, zbyt wiele rzeczy się zgadzało. I ten smutek w oczach tego chłopaka… Jakby codziennie przeżywał jakąś tragedię. Był zbyt prawdziwy, by kłamać. Byłby głupcem, gdyby im nie wierzył. Nie mógł natomiast uwierzyć jej, że mogła tak pięknie kłamać. Przecież ona była jego, a on jej. Całkowicie. To uczucie było tak niemożliwe, tak nierealne, że musiało być prawdziwe. Miał przeświadczenie, że każdy jej uśmiech, każdy jej dotyk stworzony był tylko dla niego. Ona nie mogła kłamać, tak piękna dziewczyna pewnie nawet nie potrafi kłamać...
Szwendał się ulicami brudnego miasta, aż w końcu przypadkowo(a może nie?) przechodził obok kamienicy, w której mieszkała Emilia. Obiecał sobie, że podejdzie tylko pod drzwi jej mieszkania, by ostatni raz je zobaczyć, by może poczuć jej zapach. Kiedy się zbliżył, zobaczył, że drzwi są uchylone. Wszedł do środka, nie kontrolując swoich nóg i umysłu. Musiał wiedzieć. Musiał wiedzieć, czy ona wciąż na niego czeka. Ale mieszkanie było puste, a okno zamknięte. Świeciła się tylko lampka, która światło kierowała na niestarannie wyrwaną kartkę z zeszytu, z krótką wiadomością od Emilii o wyjściu na spacer.
Lepka łza spłynęła po jego policzku i wyciągnąwszy towar z kieszeni marynarki, położył go na stole. Na odwrocie kartki napisał; „Przyjdę jutro, kochanie. Będę przychodził każdego dnia. Wypatruj mnie z okna”.






Piotr Antoni Solarz



https://www.youtube.com/watch?v=VlBIeZi3Ko4

IG; solvrz
snap; ejsvp


niedziela, 10 września 2017




Obudzili się wtuleni w siebie, wśród złocistych promieni słońca, które leniwie zaczęły wpadać do ich sypialni. Wydawało się, że żadna siła świata nie byłaby w stanie ich teraz rozdzielić – tak bardzo siebie kochali. Chłopakowi nie przeszkadzało, że zdrętwiała mu cała ręka od trwania w niewygodnej pozycji podczas snu. Zapach jej długich włosów wynagradzał wszystko i chciałby leżeć w tej niewygodnej pozycji nawet całą wieczność, jeśli mógłby tylko czuć swoją ukochaną obok. Przejechał opuszkiem palców po jej brązowej, opalonej, nagiej skórze; od ramienia, przez całą długość smukłej talii, aż do bioder, a potem złożył delikatny pocałunek na jej obojczyku. 
- To najlepszy poranek w moim życiu – rzekła dziewczyna, przewracając chłopaka na plecy i kładąc się na jego klatce – a to dopiero początek, kochanie! - dodała później, głosem tak szczęśliwym, że wszystkie ptaki przestały na chwilę śpiewać swoje poranne piosnki, zadziwione konkurencją. Następnie wstała, ubrała tylko wymiętą białą koszulkę oraz krótkie spodenki i udała się do toalety, a wszystko to pod uważnym wzrokiem swojego ukochanego, który pożerał każdy cal jej ciała. Jej jasne włosy sięgające połowy pleców, były koloru sierpniowego zboża. Przypominały chłopakowi beztroskie lata spędzone na wsi. Chodziła z niespotykaną gracją, a jej długie nogi sprawiały, że kolana innych chłopców miękły, a serca otwierały. Jej ciało nie było idealne, ale potrafiła wszystkie swoje braki uzupełnić jednym spojrzeniem jej wielkich, zawsze pięknie pomalowanych oczów. 
Marek przeczesał swoje rozmierzwione, gęste włosy, upajając się obecną chwilą. Był przystojnym młodzieńcem(nie miał nawet dwudziestu lat), który zakochał się pierwszy raz w życiu. Była to miłość doskonała; bez pretensji, ograniczeń i kłótni. Oboje mieli swoje niedoskonałości, ale razem tworzyli parę idealną. Jedyne czego pragnęli wraz z ukochaną, to tylko wzajemnej bliskości. On odczuwał prawdziwy głód dotyku, kiedy była zbyt daleko, a ona pragnęła resztę życia spędzić wtulona w jego ramiona. To, co zauroczyło chłopaka, to jej słodki rumieniec, który przypominał mu letnie maliny oraz ciepły uśmiech, który posyłała mu bardzo często. To ten uśmiech okazał się być kluczem do jego serca i żadne inne długie nogi, czy piękne twarze innych dziewcząt nie były w stanie go zastąpić. Znali się niedługo, ale ich miłość była absolutnie szczera i prawdziwa. 
Był środek ciepłego lata. Z ulicy dochodziły już przeróżne dźwięki miasta. Chłopak poczuł intensywny zapach kawy i smażonych jajek dochodzący z kuchni i wyrwał się z rozmyślań o ukochanej. Po chwili zwlekł się z łóżka i udał się pod prysznic. Założył bokserski, następnie zrobił kilka pompek i poszedł za zapachem. Ujrzał ją, gdy stała z białym kubkiem kawy na balkonie i obserwowała przechodzących na dole ludzi. Jej włosy falowały na delikatnym wietrze, a jej sylwetka, wśród złocistych promieni słońca, wyglądała jak ze snu. Marek dołączył do niej, objął jej wąską talię i namiętnie pocałował w jej pełne, świeże usta.
Ludzie zdawali się patrzyć na nich z dołu i dało się dostrzec zazdrość w ich oczach, kiedy widzieli dwoje beztroskich dzieciaków, śmiejących się bezczelnie do siebie, w taki upalny dzień o porannej porze. Dla tych z dołu, świat naszych bohaterów wydawał się tak odległy i tak magiczny, że żaden z nich nie myślał o nim prawdziwie; jedynie gdzieś w swoich wspomnieniach, bądź najskrytszych marzeniach. Przecierali tylko oczy ze zdziwienia, a następnie spuszczali głowy i z kwaśną miną przechodzili dalej. Ulicą szła para starszych ludzi. Pan miał lat osiemdziesiąt, a jego partnerka nieco mniej. Przystanęli na chwilę i patrzyli w milczeniu na szczęśliwość w oczach naszych bohaterów. Obydwoje w życiu widzieli już wiele, ale ów widok sprawił, że staruszkowie na chwilę stracili kontakt z rzeczywistością i ulecieli gdzieś w bajeczne krainy majowych nocy, kiedy to lata temu razem siadywali na ławce trzymając się mocno za ręce i nie myśląc o niczym więcej. Kiedy młody chłopak wziął w ramiona swoją ukochaną, starszy pan z ulicy popatrzył na swoje stare, pomarszczone dłonie, niezdolne już do takich wysiłków i głośno westchnął.
- Pamiętasz kochanie, lato roku 60 w Warszawie? - zwrócił się starzec do swojej żony obok – spędziliśmy je całe pod czereśnią w ogrodzie moich rodziców. Mieliśmy może z dwadzieścia lat – dokończył zamyślony.
- Ach, tak. Jakiż piękny był wtedy świat – westchnęła staruszka i chwyciła męża za rękę – słońce nigdy potem już nie świeciło tak mocno.
Większość z widzów przechodzących pod balkonem naszych zakochanych odczuwała pewną nostalgię i ciepłe uczucia, które powracały do nich z przeszłości. Każdy z nas bowiem ma swój balkon – swój mały kawałek nieba, który zostaje w nim na całe życie. Może to być miejsce, piosenka, rzecz, cokolwiek z przeszłości, które niegdyś stanowiło dla nas cały świat i bezpieczne lokum.
Tymczasem ukochana założyła chłopakowi ręce za szyję, uśmiechnęła się i rzekła z radością;
- Dzień dobry!
- Najlepszy – odpowiedział, a następnie uchwycił jej podbródek w dwa palce, kciukiem dotykając jej dolnej wargi – jak się spało?
- Jak nigdy. Sama nie wiem, czy dzieje się to naprawdę. Proszę powiedz mi, kochany, powiedz, że to wszystko – przejechała dłonią po jego twarzy - to prawda – odpowiedziała patrząc mu głęboko w oczy. On spojrzał na nią, zamyślił się, a potem niespodziewanie chwycił ją mocno za piersi, aż wydała z siebie głośny pisk i odsunęła się o krok.
- Yup, zdecydowanie prawdziwe – stwierdził i roześmiał się szarmancko, gdy ona udając obrażoną uderzyła go w brzuch, krzycząc na całą ulicę, że jest idiotą. Po chwili roześmiała się razem z nim, i ucałowała czerwone miejsce odbitej dłoni na jego torsie.
Chłopak odwrócił się znów w stronę ulicy, oparł o barierki, odpalił papierosa i zaczął przyglądać się ludziom, którym śpieszno było do pracy. Ona podziwiała jego plecy, które zeszłej nocy trochę podrapała. Jego widok poruszał w niej bardzo intymne, niespotykane wcześniej emocje. Była dobrą, grzeczną dziewczynką, a ten łotr, jej kochany łotr wszedł w jej życie i wywrócił wszystko do góry nogami. Wyglądał tak pięknie, gdy się uśmiechał, jakby żadne troski go nie dotyczyły. Kiedy była z nim, rzeczywiście czuła się, jakby cały smutek opuścił ten świat, a oni znajdowali się w jakiejś niewidzialnej kuli, która oddziela ich od wszelkiego zła i niepowodzeń. Pewność siebie, którą emanował, a zarazem niezwykła wrażliwość sprawiały, że nasza boheterka traciła zmysły. Wielu było innych adoratorów, nawet dużo starszych od niego, którzy chcieli ją ukraść, za jakieś marne grosze, ale serca nie da się kupić. A to jej głupie serce wybrało wlaśnie jego. Tego cholernego, perfekcyjnego głupka, za którym poszłaby na koniec świata i krok dalej. Nie bała się, że całkowicie oddała całą siebie jakiemuś młodzieńcowi, którego znała dopiero od paru dni – kochała go tak bardzo, że zrobiłaby to drugi raz. Wystarczyło jego jedno spojrzenie, tak namiętne i ciepłe, żeby zamieniła się w małego kotka, który całymi dniami chce tylko pić świeże mleko i tulić się do swego pana. Och tak, on był jej panem. Panem jej emocji, duszy i serca.
- Wiesz, Marysiu – odezwał się chłopak - jak za kilkadziesiąt lat będę chciał wrócić do naszych wspólnych dni, to nie po to, by zmienić cokolwiek, ale tylko po to, by móc przeżyć je jeszcze raz – powiedział młodzieniec, cały czas zapatrzony na ruchliwą ulicę. 
- Jest jedna rzecz, którą należałoby poprawić – odparła ukochana, wbijając swe palce w jego gęste włosy.
- Ależ jaka? - Marek odwrócił się i ujął ukochaną w ramiona – Co to za rzecz, kochanie? Zrobiłem coś źle? 
- Spaliliśmy jajecznicę – powiedziała dziewczyna z uśmiechem i szybko pobiegła do kuchni, by wygonić wstręny, szary dym przez okna. Marek tylko roześmiał się głośno, dopił kawę i odpalił kolejnego papierosa, patrząc na kłębiące się na niebie chmury. Czuł się wyśmienicie.
- Nie wiedziałem, że tak szybko biegasz! - krzyknął do niej młodzieniec, ale po chwili Marysia stanęła we framudze drzwi balkonowych, zdjęła z siebie koszulkę odsłaniając młode piersi, rzuciła nią prosto w jego twarz, a następnie przygryzła wargę i powiedziała;
- Złap mnie, jeśli potrafisz – po czym wraz z jego głośnym śmiechem uciekła prosto do dużego łóżka, ubranego w białą pościel i donośne pragnienia dwóch młodych, bezgranicznie zakochanych ludzi.



Zapach kawy, spalonej jajecznicy i porannego miasta miał im towarzyszyć już zawsze. Spędzili w ten sposób jeszcze wiele wspólnych dni. Nie robili nic, oprócz kochania się wzajemnie i snucia marzeń. Marzyli o różnych rzeczach, nawet tych najbardziej niemożliwych do zrealizowania. On chciał być sławnym aktorem, a ona znaną piosenkarką. Marzyli by mieć wspólny wielki dom, z dala od miasta i zgiełku – gdzieś wśród zacisznych dolin, zwierząt i rzek. 
On zawsze ją rozśmieszał, a ona dbała o jego dobro. Nie obchodziło ich wtedy absolutnie nic; żadne zamachy, fałszerstwa, zbrodnie i niedogodności. Widzieli tylko swoje oczy, czuli swoje dłonie i usta. Słyszeli tylko swoje głosy i bicia serc. Czasem, gdy dopadała ich nuda, wychodzili na balkon i obrzucali smutnych ludzi jajkami, wodą, lub niedopałkami, by później w radosnym uśmiechu powrócić do środka by znów zacząć się kochać. 
Byli całkowicie wolni.
Byli całkowicie zakochani.
Byli całkowicie szczęśliwi. 
Nie czuli żadnego wstydu między sobą, nie czuli żadnych zobowiązań, nie myśleli o przyszłości. Przyszłością było dla nich ich własne „na zawsze” - innej nie znali. Inna przyszłość wydawała się taka odległa. Inna przyszłość miała nigdy nie nastąpić. 
Spędzali całe dnie na rozmarzaniu. I mieli do tego całkowite prawo. Mieli niecałe dwadzieścia lat. Wtedy świat wydaje się najpiękniejszy. A stojąc razem na swoim balkonie i rzucając w innych jajkami, nigdy nie czuli się bardziej szczęśliwsi, niż wtedy.

Mieli niecałe dwadzieścia lat, a słońce już nigdy potem nie świeciło tak mocno.

poniedziałek, 17 lipca 2017





Wysiadłem ze starego, obskurnego pociągu; tak brzydkiego, że każdy odruchowo odwracał wzrok, gdy tylko spojrzał na jego zardzewiałą blachę i brudne szyby. Znalazłem się na brudnym peronie, w miejscu bliżej mi nieznanym; gdzieś za dużym miastem, w samym środku tajemniczego lasu, który osłaniał mnie całym swoim majestatem. Pociąg ruszył ze zgrzytem i zabrał swoją brzydotę wraz ze smugami dymu, a ja stałem w ciszy jeszcze przez chwilę, chłonąc piękny widok pomarańczowych chmur, które swoim żywym kolorem – dzięki zachodzącemu słońcu – zdołały przebić się przez konary wysokich drzew, otaczajacych moją małą głowę. Odczułem prawdziwy spokój i rozkoszowałem się tym widokiem tak bardzo, że usiadłem na betonowych schodach peronu. Wyciągnąłem z kieszeni marynarki srebrną piersiówkę i pociągnąłem łyka, a następnie odpaliłem papierosa i zagłębiłem się w myślach. 
Po paru minutach, podniosłem się, otrzepałem z brudu i ruszyłem w sam środek dzikiego lasu, całkiem sam, jedynie z pozostałością przezroczystego płynu w mojej srebrnej buteleczce i nadzieją, że ten wieczór będzie lepszy, niż dotychczasowy dzień. 

Estera była ogromnym, nowoczesnym domem w samym środku tego przeklętego lasu, z przeszkolnym tarasem, dziesięcioma sypialniami, basenem i hazardowymi zabawkami. Kiedy dotarłem na miejsce, moi przyjaciele już tam byli z całą resztą ludzi bawiących się świetnie, domyślając się po głośnych krzykach i strumieniach wódki, które już zdążyłem zauważyć z daleka. Dom należał do rodziców Lucjana – mojego znajomego, którego szanowano jedynie za yeezy na stopach i organizownie imprez. Wszedłem do środka, ściągnąłem czarną marynarkę i zostałem w samej kamizelce i białej koszuli. Jest środek ciepłego czerwca, ale zostałem przywitany zimnymi spojrzeniami i huczną muzyką. 
- Antoni! - podszedł do mnie przystojny brunet i uścisnął mi rękę z uśmiechem – zaraz gram, chcesz posłuchać? 
- Tak. - odparłem i odpaliłem papierosa. 
Aleksy był początkującym pianistą i moim najlepszym przyjacielem zarazem. Był uwielbiany przez wszystkich, ze względu na swój nieprzeciętny talent i niesamowity urok osobisty. Dziewczyny często traciły głowę, gdy tylko na nie spojrzał, ustawiały się w kolejkach, by tylko móc go dotknąć i poczuć jego zapach. Aleksy doprawdy był bardzo przystojnym młodzieńcem, ale na nieszczęście wszystkich pań - nie bardzo go one interesowały. Zamiast krókich spódniczek i długich nóg, wolał klawisze fortepianu, swoje odbicie w lustrze i silne ramiona innych mężczyzn. Chował to jednak w tajemnicy, a ja byłem jedynym, który to wiedział. 
Często się kłóciliśmy, gdyż oboje mieliśmy cięzkie charaktery. Już nie raz lała się krew, a z ust wypływały ciężkie słowa, ale zawsze potrafiliśmy ze sobą współgrać. Ja byłem przywódcą, tanim romantykiem i dobrym rozmówcą, a on emocjonalnym muzykiem, z trudną przeszłością i poczuciem bycia wielkim artystą. 
Aleksy zawsze był zamknięty na świat, nieosiągalny dla innych, gdy grał. Nie interesował się niczym więcej, oprócz swojej muzyki, co mnie – jako pisarza – bardzo denerwowało. Zbierał jednak owoce swojej pasji, gdyż był popularny i kochany, dlatego czasem zastanawiałem się, czy nie byłem po prostu zazdrosny. Może jako pisarz w XXI wieku odczuwałem bezużyteczność? W naszych czasach pisarze i poeci są niepotrzebni – nasz świat pragnie jedynie robotów skręcających maszyny w martwym uśmiechu. On natomiast był potrzebny – nawet błaznom w drogich ciuchach raczących się Chardonnay.
My nie jesteśmy robotami. Każdy z nas jest artystą patrzącym na to samo niebo, odczuwającym inne prądy w głębi duszy, ciała i serca,. Każdy z nas inaczej kreuje swoją wizję – nie da się nas zaprogramować. 
Jesteśmy jak te naiwne dzieciaki biegające beztrosko u dziadka w sadzie, chowające się po krzakach, tworzące siłą wyobraźni karabiny maszynowe z patyków, granaty z szyszek i sztuczne monety z płatków kwiatów zerwanych ku złości babci, która spędziła parę tygodni, by sprawić jej ogród piękniejszym. 
Podeszliśmy razem do barku i nalaliśmy sobie whisky. 
- Znalazłeś jakiegoś Adonisa? - spytałem.
- Nie, nie obchodzą mnie bogate dzieciaki w paskach Gucci. 
- Te paski są ohydne – potwierdziłem i dolałem jeszcze brunatnego płynu do szklanki. 
- A Ty, przyjacielu? Znalazłeś jakąś panią? 
Miałem odpowiedzieć, że nie obchodzą mnie puste lale w bluzach Thrasher'a i zbyt długich rzęsach. Odwróciłem tylko wzrok i zmieniłem temat;
- Powiedz mi, Alek...Jak to jest z tymi pannami? Jak to możliwe, że cię nie ruszają?
Aleksy dokończył swoją szklankę i polał sobie następną czterdziestkę. Wypił wszystko, pogroził mi palcem, żebym był ciszej i zamyślił się na chwilę. 
- One dbają tylko o swój komfort i włosy. Mi do muzyki jest to niepotrzebne. I nie mów tak głośno, o moich upodobaniach, wiesz, że jak ktoś się dowie, to koniec.
- Nie uważasz, że są piękne? - naciskałem.
- Są, w istocie. Dlatego dla nich gram, Antoni. Tyle mogę dla nich zrobić. Za to Ty? Ty grasz słowami, przyjacielu, możesz zrobić dla nich dużo więcej, niż ja. A one Tobie z wzajemnością. – poklepał mnie po plecach i odszedł w stronę fortepianu, zostawiając mnie samego z kieliszkiem drogiej whisky. Poniekąd mu tego zazdrościłem. Chciałbym, by kobiety były mi obojętne. Jakże piękniejszy byłby wtedy świat.


Kiedy wyłączono muzykę, wszyscy obecni zebrali się w pobliżu czarnego fortepianu. Aleksy usiadł przy klawiszach, podciągnął rękawy i po chwili zaczął grać. Melodia była tak piękna, wolna i subtelna, że po chwili łzy naszły mi do oczu ze wzruszenia i patrzyłem na Aleksego, jak na pana moich emocji i mej duszy. Nic dziwnego, że panie zakochiwąły się w nim bezgranicznie. Biedne, doprawdy biedne. Byłem chyba jedynym facetem, który mógł zrozumieć ich ból. Odwróciłem się na pięcie i po cichu wyszedłem z pokoju, przepełnionego piękną, acz smutną muzyką płynącą prosto z duszy Aleksego. 
Wyszedłem na balkon trzeciego piętra. Nastała noc, a nade mną tliło się już wiele gwiazd. Odpaliłem papierosa i przyglądałem się mrokowi, a w bardzo dalekiej oddali dostrzegłem światła jakiegoś większego miasta. Zawsze lubiłem obrazy nocnego miasta. Specyficzna aura, która wtedy nastaje wwierca się we mnie, a ja często tonę w jej głębi. Oddziałuje ona na mnie w sposób wyjątkowy. Dlaczego? Nie wiem, bo przecież ja boję się mroku. A jednak coś stale mnie do niego ciągnie. Tak jak pełne usta barmanki, czy długie nogi otulone w czarną spódnicę. Ale to może właśnie dlatego – strachu – tak bardzo mnie to zajmuje. A usta, czarne spódniczki i mroczne miasto, to rzeczy równie niebezpieczne. 
Często staję na balkonie i obserwuję nocny świat. Najpierw patrzę na gwiazdy(najpiękniejsze są w letnie noce), a następnie na miasto, które wydaje się nieustannie migotać, wraz z przejeżdżającymi samochodami, neonowymi reklamami i światłami latarni – które przecież stałe – tak często się rozmywają. Stojąc kompletnie sam, z myślami wyżerającymi resztki spokoju, często wymyślam różne sceny, odgrywające się w punkcie mojego wzroku. Układam dialogi między ludźmi, których nie znam, i zapewne nigdy nie poznam. Czasem dokładam do tego historie; najczęściej miłosne. Ciekawym jest to, że nie potrafię sobie wyobrazić szczegółów, a jedynie przelotne obrazy, z których nie wyciągam konkretów, a jedynie mżonki. Mimo tego; kiedy moje myśli fruwają w kierunku nocnego miasta, a mój wzrok znajduje się w stagnacji, to dopada mnie smutek. Zawsze. Jest to ten właściwy rodzaj smutku, który jest znany nam wszystkim. Nie dopadają mnie demony przeszłości. Wtedy odzywa się przyszłość. Ta czarna powłoka, na którą tak często patrzę, ukrywa przede mną wszystkie te rzeczy, które zrobię źle i dobrze, ukrywa każdy możliwy detal nie dając żadnych wskazówek. Po prostu patrzy na mnie niegrzecznie i policzkuje swoim milczeniem. A ja, głupiec – wciąż patrzę i patrzę rozczarowany ciszą... 
Częściej natomiast znajduję się w centrum owego zgiełku. Czując miasto nocą, czyli seks zmieszany z alkoholem i odrobiną wstydu, odczuwam spokój i dziwną nostalgię. Widząc przewijające się przed oczami sceny awantur, kłótni i pożądania, czuję impuls działania przeszywający mnie na wskroś. Zawsze jest jednak on nieodgadniony, a ja miotam się przez następne dni starając się go zrozumieć. Och, czy jest tu ktoś, kto zrozumie myśli faceta? 
Nocne miasto dostarcza mi emocji. Kocham emocje. Nie mam czasu na rzeczy pozbawione emocji. Uwielbiam pisać o emocjach, uwielbiam starać się je rozumieć, a często czytać je z innych. Potrafię patrzeć komuś w oczy i niemal czuć tę jednostkę. Znać jej potrzeby, intencje, pragnienia. Tak już mam, łatwiej mi zrozumieć innych, niż siebie. 
Kocham obrazy nocnego miasta, bo to obrazy, które nigdy mnie nie nudzą. Każdego razu są inne i mimo że z wierzchu takie same; zawsze niosą ze sobą coś nowego. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego noc tak na mnie działa; to jakby wszczepić mi inną duszę w ciało. 
Często ludzie dziwią mi się, kiedy wpatruję się gwiazdy przez długi czas. Zazdroszczę gwiazdom. Zwykle kiedy dopada mnie nostalgia połączona ze smutkiem i tanim sentymentalizmem, to jestem sam. Czasem przeczesuję moje włosy prawą ręką i wyobrażam sobie, że robi to ktoś inny. A gwiazdy? Od milionów lat nieustannie obok siebie, obserwujące nocne miasto emocji, naćpanych pań, tandetnych dram i małego mnie, z papierosem w ręku i umysłem pełnym imitacji zdarzeń i dialogów, które nigdy nie zostaną przeprowadzone.
Usłyszawszy nagle otwierające się drzwi na balkon, odwróciłem głowę i oderwawszy się od myśli, ujrzałem najpiękniejszą dziewczynę w swoim życiu. Miała na sobie hipnotyzującą, długą suknię, czerwoną szminkę i ciemne, lśniące włosy. Jej biżuteria świeciła się jasno, dodając jej jeszcze więcej blasku, a ja, powoli tonąc w jej zielonych oczach, zauważyłem łzy na jej drobnych policzkach.
- Antoni - zaczęła subtelnym głosem.
- Ciemnowłosa.
- Nie pasuję tutaj. 
- Widzę.
- Masz papierosa?
- Proszę. 
Ogień zapalniczki oświetlił jej twarz jeszcze dokładniej, a ja zakochałem się w niej jeszcze bardziej.
- Ci wszyscy ludzie, Antoni...Nie lubię ich.
- Oni nas też nie. 
- Dlaczego cię nie lubią?
- Bo ich oceniam. Śmieję się z nich. Niszczę ich światy. 
- A dlaczego nie lubią mnie?
- Bo do nich nie pasujesz. Jesteś inna. Twoje oczy patrzą inaczej, twoje serce czuje mocniej. Twój umysł jest piękniejszy od innych. Czuję to. 
Oparliśmy się o balkon i oboje przez chwilę w milczeniu wpatrywaliśmy się w pustkę. 
- Zamierzam stąd skoczyć – powiedziała nagle nieznajoma, dość stanowczym głosem.
Odpaliłem papierosa i zaciągnąłem się mocno.
- Dobrze. Nazwę cię „dwudziestym wiekiem”, okej? - spytałem wypuszczając dym.
- Dlaczego? - spytała zmieszana. 
- Bo wraz z tobą umrze cały styl i klasa.
- Dlaczego przyszło żyć nam w takim świecie, Antoś? - zapytała, głosem bez nadziei i popatrzyła mi w oczy.
Zdjąłem delikatnie kciukiem łzę z jej policzka i powiedziałem;
- Chciałbym wziąć cię na ręce, uspokoić i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Powiedziałbym ci, że wyjedziemy na wieś, z dala od świateł i wrzasku, ale to niemożliwe. Wszystko będzie tylko gorzej. Jedyne co mogę ci powiedzieć, to to, że jesteś niesamowicie piękna i mógłbym patrzeć na ciebie godzinami. Patrzyłbym na ciebie codziennie rano, gdy wstajesz zmęczona z łóżka, gdy parzysz kawę, gdy złościsz się, bo zrobiłaś krzywą kreskę. Patrzyłbym na ciebie, gdy zdejmowałabyś swoją suknię, gdy kładłabyś swoje małe dłonie na mojej klatce, gdy ciągnęłabyś mnie za włosy w upojnym pocałunku. Patrzyłbym na twoje usta, gdy kosztowałyby białego wina w Paryżu, patrzyłbym na twoje dłonie, gdy opiekowałabyś się naszym synem nad morzem, patrzyłbym na ciebie, kiedy nie miałabyś już sił i zabijała się kolejnym papierosem. I za każdym razem wyglądałabyś tak samo pięknie. Nawet za chwilę, gdy znajdziesz się tam na dole – wskazałem palcem twardą kostkę brukową – będziesz wyglądać najpiękniej ze wszystkich.
Ukryła twarz w dłoniach i rozpłakała się.
- Zrobiłam coś bardzo złego, Antoni. 
- Co takiego?
- Poznałam sekret twojego przyjaciela. I wyjawiłam go wszystkim.
- Dlaczego to zrobiłaś?
- Mam dość fałszu.
- To koniec jego kariery.
- To koniec jego życia, Antoni. Teraz jest tylko jednym z wielu niemile widzianych gości. Żyjemy w Polsce, zapomniałeś, pisarzyku? On już czeka na mnie tam, na dole – wskazała ręką. 
- Pierdol się – wypaliłem przez zaciśnięte zęby. 
- Pocałuj mnie.
- Kim ty, kurwa, jesteś? - patrzyłem na nią zdumiony i miałem łzy w oczach – kim ty, kurwa, jesteś?
- Pocałuj mnie.
Pocałowałem. 
- Nieudanym eksperymentem dwudziestego pierwszego wieku – powiedziała spokojnie, odrywając się od moich ust i patrząc gdzieś w dal.
Popatrzyłem na nią z niedowierzaniem, pokręciłem głową z oszołomieniem i odwróciłem się. Po chwili usłyszałem tylko zduszony huk, jakby dźwięk ciała uderzającego o kostkę brukową, z wysokości mniej więcej trzeciego piętra.

Wróciłem do środka, nalałem sobie zbyt dużo whisky i wypiłem wszystko naraz. Muzyka grała głośno, nikt nie słyszał złamanego przed sekundą serca, każdy był zajęty sobą. Było tu bardzo ciemno, jedynie neony stanowiły ułamek światła. Trzęsłem się cały, więc poszedłem do toalety. Tam natknąłem się na grupkę znajomych, którzy zanurzali swój nos w śniegu. Wybiegłem stamtąd jak najszybciej potrafiłem i trafiłem na pijane panie, które chciały zabrać mnie gdzieś na górę, ale wymknąłem się im zwinnie i poszedłem poszukać mojej marynarki. Co chwilę mijałem ludzi zawieszonych gdzieś między dwoma wymiarami, potykałem się o puste butelki, słyszałem czyjś płacz, śmiech i odłgosy niewątpliwej przyjemności, wydobywające się z poszczególnych pomieszczeń.
Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak wiele dusz ginie podczas jednej imprezy. Wyszedłem z tego domu wariatów i ruszyłem w las. Nie wiedziałem, czy idę w dobrą stronę, nie wiedziałem, gdzie dojdę. Wyciągnałem papierosa i odpaliłem go. Przystanąłem na chwilę, by złapać oddech. I stojąc tak, pośrodku ciemnego lasu, z papierosem w ręku i wspomnieniami z Estery, nigdy nie czułem się bardziej bezpieczny i bardziej samotny, niż wtedy.  

sobota, 15 kwietnia 2017



Prawdziwą wadą tego świata jest fakt, że zbyt wielu ludzi uwierzyło, że mają do powiedzenia coś naprawdę istotnego. 

Żyjemy w świecie, w którym niezwykłe serce da się zastąpić zwykłą pompą.
 

Odkąd wróciłem nieustannie pada zimny deszcz, a ja zapomniałem czarnej parasolki. Znów tu jestem. W mieście upiorów i tanich papierosów. Ubrany cały na czarno; jedynie z czerwoną szminką odbitą na mej szyi. Nigdy wcześniej nie byliśmy bliżej, niż wtedy, a jej usta nie smakowały bardziej znajomo. Przepraszam, nie mogłem zostać na dłużej. Taki już jestem – uciekam, gdy mój zapach zaczyna działać, a serce staje się cieplejsze. 

Wieje zimny wiatr, który poradził sobie z moimi idealnie ułożonymi włosami i rozczochrał je niestarannie w każdą stronę świata. Nieważne, podobno jest to seksowne. Na czarnym niebie szare chmury tańczą z ciemnym smogiem, przysłaniając ledwie tlącą się pełnię księżyca. Smog ostatnio przysłania wszystko – nawet ludzkie umysły – zatem, czy powinienem się czymkolwiek przejmować? 
Nie mogę patrzeć na te nocne ulice i strugi deszczu mocno uderzające w szczelnie zamknięte okna kamienic. Za każdym razem, kiedy widzę podobny obrazek budzi się we mnie introwertyk. Dziś jest chłodno, mrocznie, upiornie. Czuję złe demony latające wkoło. Nawet ucichł gdzieś wieczny zgiełk i hałas naszych czasów. Tak spokojnie tu w moim samochodzie. Nie chcę dziś spać sam. Boję się nocy. Potrzebuję kogoś.
Nie wiem, czy to przez deszcz, czy mój umysł jest już tak nieświeży przez alkohol, ale wszystko mi się rozmywa w oczach. Męczą mnie sygnalizacje świetlne – czuję się, jakbym cały czas miał kwas na języku. 
Ona jest jedynym powodem, dla którego tam jadę. Brzydzę się miastem. Brzydzę się ludźmi. Ale istnieje możliwość, że właśnie tam ją spotkam, a wtedy; w moich drogich ciuchach i zwiewnych włosach, muszę wyglądać jak jakiś Lachowski, bądź inny Dean. Dokończyłem butelkę Daniels'a i nie zwracając już większej uwagi na światła, przyśpieszyłem. 


Znów udałem się na imprezę. Chciałem darmowego alkoholu i długich nóg, a dostałem jedynie nieciekawe spojrzenia, słabą muzykę i narkotyki w lepszej cenie. Usiadłem przy barze i wpatrywałem się w brunatną ciecz wypełnioną kostkami lodu. Neonowe światła zwinnie skakały między kątami lokalu, raz po raz oświetlając pary na ciasnym dancefloorze. Po czasie rozmyślań poznałem jakąś pannę, z którą spędziłem następne pół wieczoru. Zaczepiła mnie swoim urokiem i bezwstydnym tańcem, a ja, głupiec pijany whisky - uległem jej wdziękom i długim nogom. Podobała mi się prostota jej sukienki, kontrastująca z bujnością jej włosów. 
Nie było mi zbyt dobrze. Moja partnerka nie interesowała się polityką, literaturą, światem, czy życiem. Była dziwnie oschła i częściej spoglądała w swój świecący prostokąt, niż na ogień w moich oczach, który z czasem wygasł. Czasem tylko wspomniała coś o moich kościach policzkowych i dłoniach, ale szczerze mówiąc przestało mnie to obchodzić. Słyszałem to zbyt wiele razy, by zdobyć się choćby na drobne „dziękuję”.
I tak po paru drinkach znaleźliśmy się naprzeciw siebie. Całkowicie pijani i znudzeni. Szmaragd jej oczu wpatrywał się we mnie, ale odniosłem wrażenie, jakby szukał czegoś innego. Bez wątpienia oboje liczyliśmy na coś innego. Byliśmy dwiema zagubionymi istotami, które błądząc, na ślepo, desperacko szukając nowych miłości i ciepła drugiego człowieka, trafiły na siebie. Atawistyczny człowieczy instynkt szukania drugiej jednostki nieprzerwanie kieruje nami w naszych mrocznych czasach. Choćby nie wiem co, człowiek potrzebuje drugiego człowieka. Problem w tym, czy dalej możemy nazywać się ludźmi? 

Noc trwała dalej, a ja wciąż pozostałem biernym obserwatorem tych barwnych ucieczek od rzeczywistości. Snułem rozmyślania przy pełnym barze wpatrując się w dzicz, która odbywała się dookoła mnie. Moja niedawna partnerka odeszła ode mnie, ale szybko znalazło się pięciu nowych adoratorów, gotowych zafundować koleżance noc pełną wrażeń; lepiących się rąk i szybkich języków. 
Niesamowite, jak tandetnym tekstem o ładnych oczach i przyciśnięciem do ściany w namiętnym pocałunku można przekupić dziewczyny i sprawić, by przewrócić ich świat o sto osiemdziesiąt stopni.
Obraz nocy stał się koszmarem. Naćpane dzieciaki zaczęły tańczyć w rytm subtelnych gam głosu Cypisa, pijane dziewczęta tak bardzo straciły siebie, że zaczęły szukać pocieszenia w ustach koleżanek, fałszywe suki zaczęły zatruwać życie innym, opowiadając bzdury na temat rówieśników.
Zdałem sobie sprawę, jak ludzie mało różnią się od zwierząt. Jedyne co nas odróżnia, to fakt, że posiadamy niejaki wstyd. Jedynie wstyd chroni nas od dzikich zachowań i powstrzymywania naszych naturalnych, plebejskich instynktów. Ludzie jednak są w stanie wymyślić wszystko na swoje usprawiedliwienie, dlatego wymyślili alkohol i muzykę. Zadziwia mnie to, jak niewiele trzeba ludziom dać, by zatracili swój wstyd. Wystarczy trochę alkoholu i muzyki, a ludzie zrzucają z siebie wszystkie za dnia przyklejane maski, a panie często nawet sukienki. 
To sprowadza nas do kolejnej rzeczy – kontroli. Jak prosto można kontrolować tłum. Wystarczy dać im ułamek tego, czego pragną, a staną się twoimi przyjaciółmi. Czasem jest to biały proszek, czasem ładna aparycja, a niekiedy pięćset złotych miesięcznie.


Szybko odbiegłem jednak od tych myśli i skupiłem się na rozmyślaniach o fałszywych dziewczynach, których przecież tu(w mieście, w szkole, gdziekolwiek) jest tak wiele.
Zawsze zastanawiałem się, jak można mieć w sobie tak mało wstydu, by uśmiechać się do kogoś i prawić miłe komplementy, po czym za parę sekund szczuć na tę osobę wszystkich innych wkoło. Jak można wchodzić z butami w czyjeś życie i bezczelnie starać się je zniszczyć, a to wszystko z miłym uśmiechem i zaproszeniem na piwo w twoją stronę. Poważnie, tępe szmaty, jak wy patrzycie w lustro? Czy to jest wasze hobby – zatruwanie życia innym? Nie macie innych zajęć, jak na przykład...hmm...ogarnianie własnego życia? Serio, co jest fajnego w wygadywaniu iście nieprawdziwych informacji na temat innych? Kiedy mówi się absurdy o innych ludziach, to musicie wiedzieć, wstrętne wygi, że wychodzicie naprawdę na nieinteresujące i niegodne zaufania idiotki, z którymi nikt nie chce rozmawiać i każdy pierdoli was tak samo mocno, jak resztę opinii marnych owiec, które na chwilę przybrały skórę wilka.
Doprawdy kocham wasze wygórowane ego i przekonanie o własnej świetności i nieomylności. Kocham to prawie tak samo mocno, jak waszą nieświadomość o byciu zawieszonym gdzieś między faktami i rzeczywistością, a waszym fałszerstwem i sztucznym światem wykreowanym przez wasze umysły. A najbardziej bawi mnie fakt, że wasze działania zawsze są pod przykrywką; „chciałam dobrze + słodki uśmiech i trzepotanie brwiami”. Not anymore, bitches.


Kiedyś to znosiłem, ale kiedyś byłem inny. Kiedyś uznawałem, że każdy popełnia błędy i warto wybaczać. Ale kiedyś minęło, a ja się zmieniłem. Błąd można popełnić raz, góra dwa. Natomiast, jeśli błąd jest powtarzany wielokrotnie, w dodatku z tym samym, śliskim, fałszywym uśmiechem(PAD), to nie jest on przypadkowy i niechciany, lecz świadomy i kontrolowany. A ja już nauczyłem się szczerze wbijać chuje w takie marne, fałszywe dupy. Nauczyłem się tępić złych ludzi, o złej duszy i wrogich zamiarach, a nie tylko ich tolerować, bo cholera, nie zasłużyli na moją akceptację. A mnie najbardziej boli, jak ktoś robi komuś krzywdę – naprawdę, nie mogę tego znieść. Nie jestem w stanie zdzierżyć faktu, że ktoś cierpi. Jestem facetem, ale boli mnie serce, gdy widzę kogoś ból.

I tak stałem z tym drinkiem w ręku przypatrując się światu, w którym przyszło nam żyć. Snułem rozmyślania, że w dzisiejszych czasach wygodniej jest być zakłamanym śmieciem, niż porządnym człowiekiem. Niestety, życie jest tak skonstruowane, że tym rzeczywiście dobrym; uczciwym, sprawiedliwym, ciepłym najbardziej dostaje się po dupie, a życie mocno daje im w pysk, wyprowadzając trzy prawe sierpowe, a potem dobijając kolanem. Natomiast takie wstrętne, podstępne, zakłamane i niedobre żmije zawsze będą miały z górki i będzie żyło im się tak!(teraz wykonuję ten dziwny gest palcem, zakreślając kreskę nad czołem). 
Tylko, że życie weryfikuje wszystko. I w życiu nie tylko chodzi o to, by być szczęśliwym egoistą i cynicznym chujem, ale kimś, kto rozsiewa dobro i pomaga drugiemu człowiekowi. A przynajmniej nie robi krzywdy drugiej jednostce. 

Po chwili stwierdziłem, że zacząłem za bardzo rozczulać się nad sobą. Życie jest jakie jest i trzeba nauczyć się w nim funkcjonować. Trzeba być twardym i tyle. Wziąłem się w garść i poprosiłem o następnego drinka. 

- Poproszę Jacka z lodem.
- Pan już jest pijany.
- A pan ma brzydkie oczy.

Rozejrzałem się po lokalu. Piekło nocy wciąż trwało. Raz za czas miłe panie siadały mi na kolanach szukając moich ust i zanurzając ręce w moich włosach, a panowie klepali po plecach z zamiarem wypicia kolejnej kolejki. Wyrwałem się już całkowicie od rozmyślań. W końcu też jestem człowiekiem. Męczący stukot wydobywający się z głośników sprawił, że rozbolała mnie głowa. Zepchnąłem z swoich kolan jedną z nachalnych blondynek i opuściłem wnętrze klubu. Była już późna pora, deszcz przestał padać, lecz smog nie opuścił Krakowa ani na chwilę, mimo mocnego wiatru, który wiał nieustannie.

Odwróciłem wzrok w drugą stronę i ujrzałem ciekawą scenę. Pan policjant rozmawiał z dwoma, mocno podchmielonymi panami. Podszedłem bliżej, by podsłuchać ich rozmowę.

- Dlaczego pan go uderzył? - spytał jednego z nich policjant.
- Bo jest idiotą. 
- Tylko dlatego?
- Aż dlatego. Dlaczego idiotyzm nie może być piętnowany? Dlaczego prawi ludzie muszą się czuć źle wśród idiotów? 
- Takie prawo.
- Gdzie w tym prawie moralność? 
- W dupie – rzekł policjant, wypisując mandat. 
Wziąłem głęboki oddech, odwróciłem się na pięcie z zamiarem wrócenia do środka, ale wtem ujrzałem uroczą istotę siedzącą samotnie na brudnym chodniku. Paliła papierosa i płacząc - trzęsła się z zimna. Podszedłem nieśpiesznie, nie spuszczając jej z oczu. Ściągnąłem moje palto i założyłem na jej drobne ramiona. Twarz miała bardzo ładną, symetryczną. Załzawione, rozmazane oczy miała koloru brązowego. Widok ten powinien spotkać się ze współczuciem z mojej strony, ale nie drgnęło we mnie nic. Zbyt często widywałem takie obrazki. Biedna, myśli, że czuje wyjątkowy ból.
- Co ci zrobił? - spytałem, odpalając papierosa i usiadłem obok.
- Kto? 
- Ten, o którym myślisz. 
- Nie chcę o tym gadać – powiedziała smutnym tonem, zawieszając wzrok gdzieś w próżni.
- Bzdury. Pragniesz jedynie uwagi. Gdybyś cierpiała naprawdę, dawno by cię tu nie było. 
- Przyszłam odreagować - powiedziała po chwili.
- Czarna dziura – stwierdziłem.
Rzucić się?
- Co? - odwróciła się do mnie i pierwszy raz popatrzyła w oczy.
Zbyt ładne usta, by odejść.
- Nic, chodź – podałem jej rękę i ruszyliśmy chłonąć miasto.







/
Ostatnio zająłem drugie miejsce w konkursie literackim. Jeśli ktoś chciałby przeczytać mój utwór, to zapraszam na priv, wyślę go w formacie PDF. Tutaj zamieszczam jeszcze krótki opis głównego bohatera i fabuły dramatu.

"Główny bohater jest niespełnionym poetą dwudziestego pierwszego wieku. Złośliwi dopowiedzieliby, że ma skłonności narkotyczne oraz nadzwyczajną słabość do kobiet. Jest młody i niezwykle przystojny. Sam określiłby siebie jako kościotrupa o pięknie Apollina, duszy Wertera i mocy Anubisa. W przeszłości podobno dużo podróżował, nie jest jednak ona do końca znana. Nie godzi się z współczesnym światem i normami tu panującymi – bywa staroświecki. Krząta się po brudnych, krakowskich ulicach, uczęszcza w różne miejsca; od obskurnych pubów po wystawne bankiety, w nadziei na odnalezienie sensu życia. Szuka utraconej miłości, próbuje wyrwać świat z macek Meduzy, która z dnia na dzień zamienia ludzi w kamień(oczywiście metaforycznie, Meduza nie jest antagonistą w tym utworze). Jest samotnikiem, introwertykiem i narcyzem – nie ma wielu przyjaciół. Zawsze towarzyszy mu papieros i smak wina na języku."



#CHWILADLAMNIE
Nie wiem, czy wszyscy czytający wiedzą, ale posiadam Instagrama, na którego serdecznie zapraszam. Założyłem niedawno również snapa, więc jeśli z jakiegoś powodu obchodzi Cię co robię i gdzie jestem, to mnie dodaj, moja nazwa: ejsvp. Chciałbym też zachęcić wszystkich do komentowania mojego bloga, udostępniania i lajkowania oraz rozsyłania znajomym.

sobota, 5 listopada 2016



Siedziałem na niewygodnym krześle w znanym krakowskim lokalu. Na zewnątrz wiał delikatny wiatr, a deszcz rytmicznie uderzał o ściany budynku w którym się znajdowałem. Smog przysłaniał dawno już wygasłe gwiazdy na czarnym niebie. Był piątek.
Umysły myślały wolniej, a serca biły szybciej.
W środku było bardzo tłoczno. Świeżo pieczone zakąski raz po raz gościły na stołach ludzi bezczelnie gapiących się w zbyt duże dekolty ładnych kelnerek w obcisłych kieckach. Bez umiaru lał się alkohol, lali się panowie, krew i łzy. Multum rozmaitych osobowości krzyżowało się ze sobą spojrzeniami, raz po raz obgadując siebie nawzajem, a czasem marszcząc brwi i puszczając zalotne oczka.
On marzył, by poznać smak jej jagodowej szminki.
Ona marzyła, żeby jak najszybciej stąd wyjść, by uwolnić się od spojrzenia tego nieudacznika w zbyt dużych okularach.
Para siedząca w kącie marzyła, by zgasły już światła, aby mogli wreszcie skosztować nie tylko pięknie zdobionych dań, bądź kolorowych drinków.

Czuć było zapach wina, perfum i rosnącego podniecenia.

Po paru minutach światła zgasły.
Zapanował tajemniczy półmrok, a smugi dymów unoszących się w powietrzu od zbyt często odpalanych papierosów powodowały obraz mgły, która dodawała mistyczności miejscu mojego pobytu.
Ja siedziałem w kącie z moją grupą i uważnie przypatrywałem się ludziom wokół mnie. Stwierdziłem, że jest to najbardziej klasyczny piątek i w sumie nikt szczególny się nie wyróżnia.

I wtedy weszła ona.
A wraz z jej wejściem przyszedł mocny i ostry zapach zapewne bardzo drogich perfum. Poczułem, że nie działały one jak perfumy większości kobiet, które sprawiały, że facetom nagle chciało się przytulać. Jej zapach powodował, że bardziej chciało się przed nią uklęknąć i oddać się w jej władzę, przy okazji czując pewną barierę, którą niewątpliwie się otaczała. Zrozumiałem, że muszą one niejako oddawać jej charakter.
Nic dziwnego, że od razu zainteresowałem się nową klientką.
Każdy obecny zawiesił na niej wzrok dłużej, niż przez chwilę. Ona sama zdawała się nie zauważać wszystkich i jak gdyby nigdy nic, wyjęła dość grubą książkę Bukowskiego i zaczęła czytać. Pamiętam jak odpaliła papierosa w ten jedyny, unikalny dla niej sposób, włożyła go pomiędzy swoje ponętne wargi, mocno się zaciągnęła, a następnie wolno wypuściła dym, jakby wyrzucając z siebie pozostałe resztki emocji z całego dnia.
Nie potrzebowała szminki, bym pragnął jej ust.
Nagle w głośnikach pubu rozbrzmiały subtelne dźwięki „Cigarettes After Sex”, co jeszcze bardziej dopełniło aurę, którą otaczała się nasza bohaterka.
Ubrana była w zwykłe, obcisłe czarne spodnie i czarną koszulkę, ale i tak robiła największe wrażenie z dziesiątek dziewczyn ubranych w drogie sukienki siedzących nieopodal jej szczupłej sylwetki. Wtedy dostrzegłem jeszcze jej czarne paznokcie i kościste palce, którymi raz za czas delikatnie przewracała strony książki.
Ja gapiłem się na nią niegrzecznie, ale z pasją. Byłem w pełni skupiony na jej twarzy anioła i ruchach pełnych gracji.
Jej usta zanurzyły się w subtelnym puchu Latte Machiato i wtedy pierwszy raz podniosła wzrok. Omiotła nim bezwiednie wszystkich, po czym wróciła do lektury.
Uraczyła mnie spojrzeniem tylko raz.
Raz.
Przelotnie. Bez emocji.
Bez wstrząsu adrenaliny i rumieńca na twarzy.
Tak pięknie. Tak kojąco.
Nigdy wcześniej żadna dziewczyna nie spojrzała na mnie tylko raz, w dodatku bez żadnego uśmiechu, nerwowego ruchu, czy pokazania środkowego palca.
Już wolałbym tego fakera od tej bolesnej obojętności.
Doskonale wiedziała, że się jej przypatruję, bezwzględnie jednak to ignorowała. Czułem, że mam przed sobą godnego przeciwnika.
Tak, tak ją wtedy nazwałem. „Przeciwnikiem”.
Demonem w skórze anioła, który będzie mnie prześladował przez setki następnych nocy, który będzie uporczywie nawiedzał mnie swoją sylwetką w trakcie snu, nękał postami na Instagramie, a mój mózg będzie tworzył niekończące się historie z jej udziałem.
Pani Idealna nie była kolejną piękną laską napotkaną na mojej drodze. Wśród wielu ludzkich istnień i fałszywych uśmiechów stworzyła coś nowego. Coś, do czego natychmiast musiałem dotrzeć i do czego na pewno chciałbym wracać przez resztę swojego życia.
Pamiętam, że tamtego dnia oddałbym wszystko, by tylko poczuć jej dotyk na swojej twarzy, klatce, plecach. By tylko być tą cholerną książką w jej rękach. By mogła robić ze mną cokolwiek tylko by chciała.

W głębi serca wiedziałem, że jest to niemożliwe.
Jest zbyt niebezpieczna – pomyślałem w duchu.
Była prawdziwą bestią, dla której liczyło się spełnianie marzeń i zachcianek. Kobietą, która sprzedała duszę diabłu. Potrafiłaby sprawić, że nawet szara rzeczywistość nabrałaby kolorów, a proza życia stałaby się nie tylko bezdusznym gnaniem za pieniędzmi, ale także czymś przyjemnym - to pewne. Oczami wyobraźni widziałem wieczory pełne wina, tańca i patrzenia na gwiazdy. Noce pełne namiętności, a dnie pełne wspólnego szacunku i szczerego szczęścia.
Wiedziałem jednak, że to nieprawda.
To co naprawdę interesowałoby moją panią, byłaby władza, pieniądze, kariera i zemsta. Jej oczy z pozoru były tylko puste, aczkolwiek patrząc głębiej, dało się dostrzec, że płonęły. Jakby trzymała w sobie jakieś przykre doświadczenie z przeszłości którym nie chce się z nikim dzielić.
Doświadczenie, które noc w noc rozwala ją od środka.
Które ukształtowało w niej osobę, jaką jest teraz.
Ma w sobie pewne wgniecenie emocjonalne, które wypełnia nieustanną manipulacją, atawistyczną żądzą władzy i czerwonym winem.

Zastanawiałem się, czy da się jej pomóc. Czy byłoby możliwe, by komuś znów zaufała? Nie, nie komuś.
Mi.
Raczej nie.
Raczej to pierdole.
Nie mogę poznać jej imienia.
Muszę ją zostawić, zanim mnie uwiedzie.
Oplącze.
Opęta.
Zabije.

Oderwałem się od rozmyślań. Spojrzałem na nią jeszcze raz. Teraz widziałem w niej tylko żywego trupa, pełnego zielonego jadu i zimnego serca.
Nie byłem facetem, który ją uratuje.
Nie byłem gościem, który popatrzy jej prosto w oczy i powie; "Chodź, mała, przytul się. Wszystko będzie dobrze, tylko chwyć mnie za rękę. Przejdziemy przez to gówno razem, a ja zrzucę Ci świat pod nogi". Ja mogłem jedynie założyć jej zagubiony kosmyk włosów za ucho i powiedzieć: "Jesteś dużą dziewczynką, radź sobie", a potem klepnąć w tyłek.
Byłem tylko biernym obserwatorem, bezczelnie wchodzącym w jej umysł, emocje i ukryte pragnienia, raz za czas przeżuwając pizzę i pijąc białe wino.

Moje przerośnięte ego nie pozwoliło jednak jej tak zostawić. Musiałem narysować, choć delikatną, nieznaczącą linię w jej życiu.
Kiedy już opuszczałem lokal, podszedłem do jej stolika. Zobaczyła mnie i seksownie uniosła jedną brew, zaczynając swoją grę.
- Bukowski był śmieciem, nie zasługuje, byś go czytała - powiedziałem.
Uśmiechnęła się wtedy lekko, otworzyła usta, by odpowiedzieć, ale ja natychmiast odszedłem, zostawiając ją samą z myślami o mnie.
Nie mogłem pozwolić na wdanie się w rozmowę.

Rozmowy są najbardziej pociągające.

Faceci, nie dajcie się uwikłać wśród kuszących spojrzeń, urzekających przygryzień warg i macek bujnych włosów, które z czasem zaczną was dusić.




#CHWILADLAMNIE
Nie wiem, czy wszyscy czytający wiedzą, ale posiadam Instagrama, na którego serdecznie zapraszam. Założyłem niedawno również snapa, więc jeśli z jakiegoś powodu obchodzi Cię co robię i gdzie jestem, to mnie dodaj, moja nazwa: "ejsvp". Chciałbym też zachęcić wszystkich do komentowania mojego bloga, udostępniania i lajkowania oraz rozsyłania znajomym. Jak chcecie, możecie do mnie pisać na FB, zawsze odpisuję. To tyle, zachęcam do komentowania. Dzięki.



https://www.youtube.com/watch?v=t19NqoAGDxg

#checkmeout

#checkmeout
Stać się człowiekiem to sztuka, więc stań się nim razem ze mną. Nie musisz dużo o mnie wiedzieć, by zostać tu na dłużej.

#followme

#socialmedia

Copyright; Piotr Solarz. Obsługiwane przez usługę Blogger.